CO

Pogoda sprzyjała – temperatura nie schodziła poniżej zera, słońce czasami przygrzewało… Grube mury… Sama nie wiem, czy w tej sytuacji były pomocą czy utrudnieniem? Dwa tygodnie bez centralnego ogrzewania. Tak! Daliśmy radę! Dokupiłam grzejnik olejowy, ciepła dmuchawa pomagała w łazience, w kuchni czasem włączałam gaz. Józek spędzał popołudnia pod kołdrą, ja przy piecyku. Przeniosłam się ze spaniem do mniejszego pokoju, który łatwiej było ogrzać. No i dresy, swetry, szlafroki, herbata w dużych ilościach. A weekendy u Gustawa, któren właśnie podłączył nowy piec, zmienił kaloryfery i ogólnie starał się ogrzać samiczkę.

Dwa tygodnie! Bo tak! Sprawa się rypła o ubezpieczenie, czekanie na diagnozę, niesłowność fachowca i takie tam niuanse. Na ubezpieczenie jeszcze czekamy, ale prowadzi to Gustaw, więc prawdopodobieństwo wzrasta. Od dwóch lat jestem świadkiem, jak wyrywa tym dużym wszystko, co tylko małym druczkiem się należy. Jak nie daje się spławiać i walczy w sytuacjach, w których 95% już by się poddało. I wygrywa. Ma uścisk szczęki jak bulterier, nic mu się nie wypsnie. Obserwuję i myślę: gdzie byłeś, jak wdupiłam nienależny podatek za mieszkanie, jak mi wyrwali abonament, jak nie dostałam grosza za złamany przez przedszkolankę obojczyk? Gdzie?

Przynajmniej jest teraz. Jakby mało miał roboty, co i rusz przydaję mu swojej troski. Zmarł bratanek teściowej. Nie znałam człowieka. Zostawił sporo długu w ZUS-ie. Wobec tego ZUS się postarał i wynalazł kilkadziesiąt osób, które ewentualnie mogłyby być spadkobiercami. Tego długu. I teraz każdy musi dymać do sądu i zrzekać się spadku. Część zrobi to przy pomocy prawnika, czyli nie za darmo. U mnie wygląda to tak, że Józek dostał zawiadomienie tydzień za wcześnie, żeby wykorzystać pół roku czasu, osiągnąć pełnoletniość i ominąć dodatkowe kołomyje sądowe. W tym niefortunnym stanie rzeczy musiałam wystąpić do sądu o zezwolenie na dokonanie czynności przekraczającej zakres zwykłego zarządu majątkiem dziecka i wyskoczyć z ośmiu dyszek (bo jeszcze akty urodzenia). Darmo dostałam pomoc prawną w osobie pierworodnego Gustawa. Przecież to jest marnotrawstwo czasu i pieniędzy porządnych obywateli! Kilkudziesięciu, w tej konkretnej sprawie. A sąd musi się pochylić nad każdym. (Nie, żebym strasznie ich żałowała… Tych sędziów. Skoro pozwalają niszczyć prawo i nic nie wymyślili, to niech mają! Na cholerę nam wykształcenie i mądrość, skoro byle gnojek z Żoliborza może nami pomiatać? Dygresja taka…)

A teraz piszę sobie i paluszki mi nie marzną i to jest wysoki poziom szczęścia. Gdybyście czasem mieli doła i myśleli, że wam źle: jak macie ciepło i jedzenie, to już 3/4 waszych kłopotów znika. Jeszcze tylko doczekać spadku, którego nie trzeba odrzucić ;-))

laguna

Mam ją w głowie

Przy Narcyzie jakoś się nie udawało: jak był w domu alkohol, to znikał szybciej, niż bym chciała. Nie, żeby od razu, ale jednak.. Barek – spełniłam swoje chciejstwo i mam. Wina leżakują w odpowiednim stojaku (leżaku), butelki wyższego oprocentowania stoją sobie w swojej półce. Komplety kieliszków (oboje lubiliśmy je gromadzić) w witrynie. Do porządku. I na tym koniec. Bez towarzystwa nie sięgam. A Gustaw czy psiapsiółki rzadko bywają u mnie w domu. I jeszcze rzadziej piją (one, bo Gustaw… rozumie się samo przez się, że konsumujemy z przyjemnością). Co jakiś czas przypominam sobie, że można, że mogłabym, że mam spory wybór. I zasypiam trzeźwa jak świnia.

Dziś jednak sięgnęłam po piwo, które G. zostawił podczas ostatniej bytności. Wyjęłam je trzy dni temu z lodówki i tak stało na stoliku… Zimne nie było. Ale się przemogłam i wypiłam. Zaszumiało przyjemnie. Usiadłam do pisania, bo lubię się podzielić wrażeniami. A ta puszka po piwie nasunęła wspomnienia… Na Islandii nikt nie przejdzie obojętnie obok aluminiowej puszki. 16 koron! Zbierają w wielkich workach (bo nie wolno zgniatać a metraż przeważnie niewielki) i oddają do skupu. Szanują pieniądz, który może się przydać przy kolejnych zakupach alkoholu;-) Refleksje o emigracji pozostawię sobie, za dużo wśród Was tułaczy… Byłyby bardzo gorzkie, gdyby nie obecna sytuacja w Polsce. Kiedy po studiach decydowaliśmy z Narcyzem, gdzie chcemy żyć, emigrację odrzuciliśmy dość szybko i lekko – żadne pieniądze nie wynagrodzą zerwanych więzów rodzinnych i kulturowych. Poza tym, miałabym tam tylko męża, a wiadomo – mąż to obcy;-)  Nadal jestem zdania, że korzenie są ważne. Szkoda tylko, że tak mi wstyd za to, co na górze. Jako i na dole.

Chyba zbaczam z tematu, a miały być islandzkie impresje. Bo właśnie wróciliśmy! Dłuższy weekend: na cztery noce – trzy zorze! Dobry wynik. I pomimo starych ścieżek, udało mi się przygotować trasę z nieznanymi dotąd miejscami; znowu przecudnymi, znowu chodziliśmy zachwyceni urokiem wyspy. I już nie myślę, że widziałam wszystko i nie ma po co wracać, bo przecież lodowce… I zorza tylko seledynowa, a przecież  można by jeszcze fioletową… Pierwsza pojawiła się, kiedy byliśmy jeszcze w Rejkiawiku, co nie jest wcale częste. Światła miasta ją rozcieńczyły. Druga przenikała niebo nad lodową laguną – na tą czekaliśmy z budzikiem przy uchu, wstając w nocy co godzina. W końcu się doczekaliśmy – a to ławica na całe niebo, a to pazurki koloru, jakby kot drapał nieboskłon. Trzecia pojawiła się po starcie samolotu – ledwie wyłączono światła na skrzydłach, a tu zorza! Na pożegnanie…

Absolutnie nie chciałabym tam mieszkać – to koszmarna miejscówka ze względu na zimno, ciemność, infrastrukturę, ludność (wybaczcie, nasi gospodarze!). Na widoczki można przyjechać raz za czas, żyć wolę w swoim popieprzonym kraju. Natomiast w głowie mam przepiękną Islandię i z tym widokiem sobie zasypiam. Kolejny raz spaliśmy w Jökulsárlón, choć najzimniej tam i naprawdę kiepskie były te noce. Za to widoki – zapierające dech. Każdego dnia laguna wygląda inaczej, olbrzymie kawały lodowca odrywają się, dryfują, rozdzielają, przewracają, płyną do oceanu, żeby znowu wrócić na plażę w mniejszych kawałkach. Fotografowie leżą na czarnym piasku, żeby wydobyć o świcie wszystkie kolory świata z takiej przezroczystej bryły lodu, co ma tysiące lat. Nowe klify widzieliśmy, nowe jaskinie i wodospady. Różowy świt na trzecim lodowcu świata. Pchli targ też. I ponownie usmażyliśmy sobie świeżego dorsza, który smakuje inaczej niż u nas. I znów przywiozłam suszoną rybę, która capi, ale smakuje świetnie. Zepsuty rekin czeka jeszcze z poprzedniego wyjazdu, jakoś nie mogę się zdecydować na ten krok… Pewnie nostalgia mnie zachęci.

laguna

20170922_211929-1

Zdążyć przed panem b.

Oj. Obrazoburczy tytuł. Ale nie mogłam się powstrzymać, bo od jakiegoś czasu żyję ze świadomością, że zdążyłam. Że stan hibernacji, w którym tkwiłam wiele lat, a z którego wówczas nie planowałam wyjść, jednak opuściłam. O własnych siłach, własnym uporem, wbrew niezwykle silnym naciskom. Obudziłam się do życia i to najlepsza rzecz, jaką sobie podarowałam.

Tytuł obrazoburczy, bo tym razem zdążyłam przed śmiercią zobaczyć pokazy chippendalesów: -) Sama tego nie wymyśliłam, odezwał się znajomy, poszliśmy we czwórkę. Każde z nas nieco zażenowane, nastawione na wygłupy i odrobinę alkoholu. Na filmach to nawet dobrze wygląda, choć nigdy nie zrozumiem, co trzeba mieć w głowie, żeby pakować mięśnie, a potem tańcząc, pokazywać fiuta.

Sala pełna kobiet w wieku każdym. Mężczyzn raptem kilkunastu, z czego przy naszym stoliku 50%. Wśród jury mama Kisio. Nagłośnienie kiepskie, drink bar bez żadnego jedzenia, dziesięciu zawodników, bo to konkurs. Krajowy! Przebierają się, potem zdejmują, potem proszą panią z publiczności i dokazują z nią, potem, gdy zbliża się kulminacja, zabierają dużą chustę i osłaniając przyrodzenie, zdejmują slipy. Większość osłania nadal. W skrócie tak to wygląda, choć bywają odstępstwa od reguły: brak pani bądź brak chusty.

Wyszliśmy po piątym pokazie, kiedy na scenie zabawiał salę jakiś piosenkarz pokroju Martyniuka (znam tylko z Pudelka). Głodni byliśmy, panowie wynudzeni, panie też. Raz, tylko raz miałam ochotę podejść bliżej sceny i pokręcić kuperkiem w rytm występu. Żeby choć drgnęło w memłonie, to nie. Nuda, panie! Za to jak Gustaw zakręci tyłeczkiem na festynie, to zaraz mnie bierze ; -)

A na Mariackiej było świetnie – jedzenia, picia, ludzi i gwaru w bród. Katowice coraz lepsze i żaden chippendales tego nie osłabi.

Morda motłochu

Zakupy popołudniowe. Sunę z koszem do kasy, zachowuję czujność, bo dwie kasy oblężone, więc pewnie zaraz otworzą kolejne. Tak właśnie! Mój kosz toruje mi drogę, zgrabnie ustawia się w rynnie przy  taśmociągu. Wszystko z godnością, bez zbędnej nerwowości i oto mogę być pierwsza. Tuż za podium pani z jedną siateczką mandarynek, więc z uśmiechem ją przepuszczam. I oto za panią próbuje się jeszcze wepchnąć starszy pan z naręczem zakupów. Nie pozwalam mu na to i ustawiam się jako druga. Zaczyna pomstować na moje chamstwo. Odwracam się w jego stronę i przypominam, że teraz moja kolej. Nadal pyskuje, odwołując się do mojego młodego wieku (dzięki!) i braku kultury, do wygadania itp. Nie wdaję się w żadne pyskówki, słucham, co tam wygaduje. A dziad plecie, że wyszło ze mnie całe to PO i kodziarstwo. Wewnętrznie stawiam oczy w słup, zewnętrznie oświadczam, że zdecydowanie za dużo mówi i kończę zakupy.

I teraz tak: nie zdenerwował mnie, bo w moim wieku większość spraw mam v prdeli. Zaskoczył, bo to jednak dużo więcej niż tylko „chytra baba”. No i skąd wiedział, że sprzyjam bardziej tym niż tamtym? Bo to, co on myśli, usłyszała cała kolejka.

Takich, jak on, zawsze było sporo, ale siedzieli cicho. Teraz dostali przyzwolenie i otwarli mordy plugawe. Że przesadzam? Nie. To jest zwykły cham i bezczelny gnój, któremu nienawiść przesłania rozsądek (o ile go posiada). Otwarto śluzę, przez którą wpływają najniższe instynkty, cały szlam: kłamstwo, podłość, zawiść. Bezinteresownie całkiem. Chociaż nie, interesownie. Oni na tym zyskują! Posady, wpływy, pieniądze. Rację. Ich rację.

Oby jak najszybciej się to skończyło, bo sprzątania będzie na dekady. Kiedyś myślałam, że może młody będzie chciał studiować za granicą. Ale wróci. Teraz nie życzę mu wcale mieszkania w Polsce, pomimo całego balastu, jaki się wiąże z emigracją. Polacy to strasznie skundlony naród, nie umiemy równać w górę, zawsze w dół…

Islandzki smakołyk

Suszona ryba. Suszy się w przewiewnych barakach, zamykanych na kłódkę. Może dawniej tej kłódki nie było, ale teraz.. No wiecie.. Smaczna i bardzo aromatyczna. Tak bardzo, że każdy pilnował, żeby jednak woreczek dobrze zamknąć. Gustaw kupił sobie też hakarl – zepsutego rekina. Nie jestem zainteresowana, choć bardzo ciekawa, jak to będzie z degustacją. Otworzy w ogrodzie, od zawietrznej? Biesiadnicy uciekną? Jedliśmy i wieloryba – wołowina o smaku wątróbki. Raz wystarczy. I pyszną zupę rybną, polecaną przez Pascala. Mają kiepski chleb i dobre masło. Skyr też mi smakował. Niewiele więcej próbowaliśmy, bo uprzedzano nas o słabej spożywce, więc mieliśmy własne zapasy.

Vinbudin – trzeba się wstrzelić w krótkie godziny otwarcia i w wysokie ceny alkoholu. Albo olać temat. My wybraliśmy ścieżkę pośrednią – celebracja przy wyborze dwóch puszek piwa. To jedyne sklepy na wyspie, które sprzedają alkohol, oprócz knajp. Ceny solidne, nawet dla tubylców, choć nie wygląda, żeby wylewali za kołnierz. Ponoć pędzą.

Mili, życzliwi i mówią po angielsku. Nawet rozumieją, co ja do nich mówić. Albo pokazywać. A ja mówić, że potrzebuję kabli do akumulatora, albo że straciłam przytomność na 5 minut i chyba mam wstrząs mózgu. Takie tam…

Dzieci szczęścia! Po dwóch deszczowych miesiącach, na czas naszego pobytu, słońce nie opuszczało wyspy. Owszem, dwa razy padało, kiedy mieliśmy do pokonania dłuższe odcinki i jechaliśmy samochem. Dwa tygodnie suchą stopą. A! Nie! Kiedy byliśmy pod Dettifoss, to lało jak z cebra – właśnie tak wygląda stanie przy największym w Europie wodospadzie. Zresztą, przy kilku innych było podobnie. A że też i słońce, to tęczy nie brakowało. Zrobiłam zapasy. Madzia znowu będzie mogła mówić, że rzygam tęczą.

Przygotowałam plan, co warto zobaczyć i wymyśliłam marszrutę. A zaraz po przylocie wszystko się zmieniło. Zamiast jednego długiego objazdu, cztery krótsze. Zrobiliśmy ok. 4 tysięcy kilometrów Mitsubishi L300. Zobaczyliśmy prawie wszystko, co zaplanowałam,  plus kilka niespodzianek. Gustaw mówi, żeby się nie martwić brakami, bo niedługo wrócimy oglądać zorzę polarną, to uzupełnimy… No może..?

Dlaczego nie przez interior? – zapytał niewtajemniczony Gustaw. No wiesz! Dzicz, przeprawy w bród, szutrowe drogi, okresowo zamykane (na 3/4 roku), brak stacji benzynowych, osad ludzkich… Mało ci? Mało. Pojechaliśmy i to było świetne doświadczenie. Czasem 10 km/h czasem 80. W połowie drogi pole namiotowe, knajpka, sanitariaty i najważniejsze: basen geotermalny. Prawie na dziko, za darmo, pod gołym niebem, wyodrębniony z potoku i całkiem głęboki. Na dobranoc i na dzień dobry. Takie znienacka baseny trafiały się jeszcze kilka razy,  a jak brakowało, to się Gustaw kąpał w gorącej rzece pod elektrownią. Trafiliśmy też kiedyś na grotę z ukropem –  po zamoczeniu dużego palucha musiał się poddać. Raz tylko płaciliśmy za kąpiel, kiedy nasz bus umarł na sprzęgło i czekaliśmy na nowe auto. Był wieczór, środek miasteczka, całkiem miła okoliczność, żeby nie marnować czasu. Gustaw wybrał jacuzzi, a ja, z braku kostiumu kąpielowego, wygrzewałam się pod prysznicem. Drugie auto, trywialna Toyota, też nas zawiodła w odpowiednim miejscu – rankiem na parkingu przy motelu. Weszłam do restauracji,  w której było nad wyraz wielu facetów (znaczy – kierowców), jedzących śniadanie. Na moje pytanie o kable, jeden z nich rzucił – no problem! i wyszli – trzech drwali z ogromnej terenowej bryki. Podjechali do naszego auta, wyjęli 5 – metrowe kable jak do czołgu i w 10 sekund było po temacie. Nie umiałam zrobić z siebie większej idiotki, więc nie poprosiłam o wspólne zdjęcie. Szkoda…

Za to prośba o zdjęcie z rybą mi wyszła! Nasz gospodarz, Władzio, wędkarz zapalony, zauważył kajakarzy z wędką, jak zbliżali się do brzegu. Postanowiliśmy poprosić o pożyczenie wędki. A potem, z mojego zdjęcia, to się przekształciło w – a może by rybę sprzedali? Ano nie sprzedali, tylko dali. Wielkiego dorsza, który zaraz usmażony, smakował bosko!

Przypadkiem, źle skręciwszy, trafiliśmy też do skansenu domków krytych darnią i torfem. Zrobiono tam klimatyczną kawiarenkę z filiżankami z Desy. Kawa i ciastko jak w Wiedniu : -)

Marzyły mi się kiedyś norweskie fiordy. Już przestały. Jak olbrzymie tankowce na oceanie, jeden przy drugim, stały przy fiordach wspaniałe górskie szczyty. Każdy inny. Tak jak i fiordy, a widzieliśmy i te wschodnie i zachodnie. I lodową lagunę na południu. Trzymałam w rękach kawałek lodowca, co właśnie miał wypłynąć na ocean. I podeszliśmy do tego lodowca na ile tylko się dało, a zimno rosło z każdym metrem. Spacer zaczęliśmy w krótkich rękawach, by po 45 minutach założyć polary, ciepłe kurtki, kaptury i schować ręce do kieszeni. Obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne, bo słońce niemiłosiernie prażyło.

Wiatr wieje stale. Czasem na chwilę odpuszcza, a jeśli akurat świeci słońce, to jest naprawdę gorąco. Ale to chwila. Tubylcy chodzą w krótkich spodenkach, klapkach. My wolimy polar i długie spodnie. I górskie buty. Przez te buty… Sznurówki prawego buta zwąchały się z haczykiem lewego. A że znienacka, to lecę łukiem a asfalt wymierza mi cios w policzek. Całkiem świadoma jestem tego, że 1)coś złamałam, 2)mam wstrząs mózgu, 3)zaraz wyleje mi się oko. Tymczasem wstałam o własnych siłach, z okrzykiem – Hermiono! na ustach pobiegł do mnie Gustaw i wziął w ramiona. Zawisłam, zdałam relację, że na prawe oko widzę, na lewym mam mroczki… I odpłynęłam na 5 minut. Potem było dzwonienie do ubezpieczeń, wzywanie karetki, badania, zeznania i obserwacje. Na szczęście na wolności! Niewątpliwie mam tendencje do samozagłady. Nic mi się jednak nie stało, jak pijakowi na drodze, co się nim Pan Bóg osobiście opiekuje.

Islandia jest piękna. Kilka miast nieco większych, sporo całkiem malutkich (Asbyrgi – duża kropka na mapie, a na miejscu budynek stacji benzynowej, mieszczący w sobie bar, sklep i pocztę. Całe miasto), zamiast wiosek – farmy. Nadspodziewanie dużo kościołów w środku niczego. Albo przy jednym domostwie. I całe mnóstwo wyspy wulkanicznej. Każdego dnia mieliśmy inny krajobraz, inne góry, inny kolor morza czy oceanu. Zostaną mi w głowie kopczyki gejzerów, syczące i buchające parą jakby były wkurwione, wodospad Dynjandi,  u podnóża mający 60 metrów szerokości, zmieniający się w maleńką, dwumetrową rzeczkę. Albo kilkukilometrowe rozlewiska rzek, wypływających z największego lodowca, Vatnajökull. No i puffiny z Latrabjarg – urocze ptaszki o wyglądzie miniaturowych tukanów, które bywają na talerzach tubylców. Przyjezdni nie mogą… Są zbyt śliczne, żeby je jeść. 

Pytano mnie przy wyjeździe, kiedy wracam. Hmm, głupio tak mówić, że nigdy, że już się napasłam widokami, ale tak właśnie myślę. Że zobaczyłam dość. Może zorza polarna? I te kilka braków z kartki? Może. Świat jest taki ciekawy,  a ja widziałam tylko skrawek.

Nadejszła wiekopomna chwila

Może to być podróż życia. Mam jednak nadzieję, że doczekam Nowej Zelandii, Litefko… Tymczasem pakuję rukzak, minimalizuję kosmetyczkę, nie biorę ani jednej sukienki, za to mam czapkę, szalik i rękawice. Ciepłą kurtkę i górskie buty. W lipcu 15 stopni to może być maksimum. Plus wiatry i deszcz znienacka. Od oceanu wieje, wieloryby, renifery  i maskonury okrążają; gejzery, lodowce i wulkany… Islandia!

Tak z biegu wyszło… Gustaw usiadł koło kogo trzeba w samolocie na Kanary, ja dostałam nagrodę za wierną służbę a reszta spadła mi z nieba (grad, mikrowgnioty, ubezpieczenie, Gustaw i jego wiedza ogólna ;-). Potem wystarczyło drążyć temat i za dwa dni lecimy. Żeby to się dało zapamiętać nazwy miejscowości, do których chcemy zajrzeć! Od miesiąca siedzę w przewodnikach i łamię język. Dwa tygodnie to dość, by objechać wyspę i napaść oczy. I wymoczyć dupę. Jak my to zrobimy bez alkoholu, to ja nie wiem… Trudno, dwóch nagród nie dostałam. Nadrobimy po powrocie.

Czy ja zjem wieloryba? Pytanie!

Jak mi wstyd

że się wypięłam, obraziłam, nie poszłam. Dwa razy. A od czasu uzyskania pełnoletności chodziłam na każde wybory. Miałam szczęście, bo były to te ważne, szczęśliwe, demokratyczne. Były. Bo teraz, to kurwa mać, znowu mogą nie być.

Psychologia nazywa to projekcją: to my zabiliśmy jego brata, a nie on… Kain zhańbił nam kraj, doprowadził na skraj wojny domowej. Dopiero  niedawno zrozumiałam to, co powtarzają mądrzy ludzie – demokracji trzeba pilnować cały czas, nic nie jest dane na zawsze. Kaczyński, Ziobro, dwaj chorzy homoseksualiści, zakłamani w swej udręce. A wystarczyłoby przyjąć to, co los im dał i po prostu kochać. Faceci też są fajni : – )) 

Dobra, trywializuję, zapewne mieli też kilka innych powodów, by stać się złymi ludźmi. Niemniej, całkiem spore państwo osuwa się na skraj cywilizacji przez szaleństwo jednego człowieka. Neron podpalił tylko Rzym…

Fruu

Tyle miałam ostatnio pracy, że nawet bieżąca korespondencja ucierpiała. Blog wręcz usycha. A szkoda by było, fajny jest. Był. Będzie? 

Tytuł jest raczej życzeniowy, bo Przyciężki nie wyleciał. Choć powinien. Ale wszystko przed nim.

No więc z Przyciężkim to jest tak, że po obaleniu ze stołka ucierpiał jego mózg. Dokumentnie i ze szkodą dla otoczenia (jasne, nigdy nie był dobrej jakości, ale nie można mu było odmówić miligrama sprytu). Instynkt samozachowawczy znikł. Dureń zaczął kąsać ze zdwojoną siłą, na prawo i lewo, opowiadać wszystkim wokół, jak to został skrzywdzony (u fryzjera, szewca i krawca również). Pół miasta miało używanie powtarzając sobie te gorzkie żale ;-) W magistracie strzeliły korki szampana a załoga kombinatu chodziła jak oczadziała ze szczęścia. Naraz okazało się, że NIKT go nie lubił, NIGDY NIC od niego nie uzyskał, nie wchodził do dupy i w ogóle to super się stało, że taki cham i prostak odchodzi. Khm… Jakbym nie pamiętała… Największe włazidupy zaczęły nagle być dla mnie miłe, mieć wspólne tematy, a nawet opowiadać, jak im było do tej pory źle. Oj!

Ponieważ nie doświadczyłam z ich strony niczego złego – przynajmniej o tym nie wiem – wysłuchuję i robię swoje. Każdy ma swoje sumienie do wyprania.

Przyciężki zaś zabłysnął na sam koniec. Zwyczajowo dajemy odchodzącym pracownikom prezent. Składamy się dość symbolicznie, pytamy dyskretnie o oczekiwania, w ostateczności dajemy kopertę. Pobieżny rachunek daje kilka setek. Na upartego mogliśmy go olać – w końcu to tylko przeszeregowanie, nigdzie nie odchodzi. Należałam do sporej grupy, która nie dała tej symbolicznej kwoty. Za dużo życia mi zniszczył. Od grupy inicjatywnej (związki) dowiedziałam się, jak to wyglądało: wkroczył dziarsko w temat, zażądał informacji, kto będzie mu składał podziękowania, podyktował, za co mają mu dziękować, zażyczył sobie złote pióro. Kiedy te biedaki próbowały mu dać do zrozumienia, że to trudne tematy [bo są trudne tematy, ja wiem, że tematy są trudne, ha, ha], to się wściekł i zażądał listy składowej do wglądu. I żaden bon nawet porządnego sklepu go nie interesuje! Łapanka do komitetu pożegnalnego trwała dwa tygodnie. Jego kółko różańcowe wypięło się pierwsze. Stanęło na zwiazkowcu i takiej naiwnej. Kupili na odpieprz biały (ten kolor ostatnio zmienił wymowę) storczyk i dali cieniuśką kopertę. Kartka z życzeniami była podpisana jakoś tak nie przez wszystkich. Podziękowania naiwna wygłosiła według mojego zalecenia – jedno suche zdanie plus życzenia na przyszłość. Też krótkie. Spierdalaj byłoby najlepsze, ale przecież jesteśmy kulturalni, nie to, co on. A już brawa na koniec – poezja! Rachityczne to za dużo powiedziane :-) Potem jeszcze mały akord na koniec – pożegnalna kolacja. Po lewej siedział wice (ogólnie lubiany) a po prawej ziała dziura. Na wprost również. Jakby zadżumiony?

Nadal się odgraża, że będzie torpedował nowego szefa. Co trzeba mieć w głowie, żeby tak mówić? Czekamy zatem na jakąś piękną katastrofę.

[Zakończyłam notkę a licznik pokazał 444 słowa. Adamie, co Ty na to? Będzie jakiś dobry finał?]

Ze stodoły

Zebraliśmy się pewnej soboty i pojechali na łów. Bo mi się zamarzyło mieć w końcu rower. Nigdy w życiu nie miałam. To znaczy raz miałam. Tak jakby rower. Bo jak sekretarka w kombinacie wiejskim usłyszała, że nigdy, to się za głowę złapała, że taka jestem biedna, ułomna i pozbawiona. I ta złota kobieta w kwadrans znalazła, wydrukowała, zalaminowała i dostałam swój pierwszy rower – na obrazku. Śliczny taki, niebieski z koszykiem. Jeszcze gdzieś go mam… Więc teraz, po zakupie, zrobiłam zdjęcie i jej pierwszej wysłałam. Ucieszyła się, choć musiała dodać, że ten jej był ładniejszy. Był.

Ale za to mój… Znalazł Gustaw komis rowerowy. Niedaleko. W stodole w sąsiedniej miejscowości. Kilkanaście rowerów różnego autoramentu z ceną na bagażniku. Pojechał na rekonesans, ale wybór był spory i wolał to zostawić mnie. Skończyło się na tym, że spośród kilku, które mi się spodobały i którymi sobie pojeździłam po podwórku, kazałam mu wybrać najlepszy. Bo akurat na tym się nie znam. Rzadkość ;-) Gustaw też się nie zna (jeszcze większa rzadkość ;-). Pincet bez plusa i wróciliśmy do domu. W drodze myślał Gustaw intensywnie, co to za mechanizm przy kierownicy, bo ten drugi rozgryzł na miejscu, przy babci sprzedającej. Bo nie było zmieniacza przerzutek… No i mam – automat plus wspomaganie kierownicy. W rowerze! Za pincet! W auteczku nie mam automatycznej skrzyni ani wspomagania. A tu – proszę. Trzeba było tylko wymienić baterie przy tym automacie, doprecyzować dynamo i przetrzeć z kurzu koszyk. A jak się pięknie jeździ! Cyk i przerzutka wskakuje, nawet myśleć o tym nie muszę! Wspomagania kierownicy na razie nie czuję, ale ja w ogóle jestem dumna z siebie, że umiem jeździć! Karty rowerowej nigdy nie zdawałam, a i tak umiem. Wiatr we włosach, piwo po skończonej jeździe, sielanka.

Nawał (osoby wrażliwe językowo uprasza się o zamknięcie oczu)

Głównie roboty. Zwaliła mi się na głowę inwentaryzacja duża, raporty globalne, przekształcenia ogromne. Plusem jest Nowa (z wyglądu – przeciwieństwo Tuni: młoda, pulchna, apetyczna, są amatorzy takich kobiet, głównie w starszym pokoleniu).  Łapie szybko, przejmuje ode mnie część spraw, które przy Tuni musiałam sama. Bywa zbyt samodzielna, ale po jednej wpadce się uspokoiła. Nie to, co Przyciężki. Zamiast schować gębę do szuflady, to jątrzy i knuje. Ale też nikt się chyba nie spodziewał po nim klasy i honoru. Jednym z pierwszych haseł, jakie wygłosił, było: no to teraz się dopiero przekonamy, komu słoma z butów wyłazi!  I pokazuje…

Prywatnie bez zmian: sielanka z Gustawem, zgrzyty z Józefem. Na szczęście mam wokół przyjaciół, którzy mówią jedno – młody ma dostać wpierdol, żeby wyszedł na ludzi. Chodzi do pedalskiej szkoły i życia nie poznał. Dom ma go tak wkurzać, żeby z niego uciekał do kumpli, którzy mu potwierdzą, że stara jest guuuupia a jej gach jeszcze bardziej. Jak każdy normalny 17 – latek. I do roboty ma iść w wakacje! Na budowę, gdzie lecą kurwy i chuje i gdzie piją piwo od rana. Inaczej moja przyszła synowa mnie przeklnie, bo to będzie oczywiście moja wina, że synuś jest trudny w pożyciu.

No i, jak zwykle, albo jest flauta albo nawał. Wczoraj: rano koleżanka zaprasza mnie na urodziny w środę. W środę jestem już umówiona z grupą koleżanek branżowych. Po południu dzwoni przyjaciółka ze studiów, żeby jednak się spotkać raz na dekadę. Ustaliłyśmy bezpieczny termin za miesiąc. Kończę rozmowę i wpada Bunia, żebym potwierdziła, czy będę na zjeździe kuzynów, bo trzeba wpłacić zaliczkę na żarcie. Kiedy spotkanie? Za miesiąc, w dniu właśnie TYM. Muszę przełożyć koleżanki. Wieczorem na pogaduchy zaprasza mnie Iga, z którą nie możemy się spotkać od czasu, gdy miałam krótkie włosy. A zapowiedział się Gustaw, w drodze powrotnej ze świętego miasta (acz nie z pielgrzymki). Gustawa rozsądnie przerzuciłam na weekend. Jeden dzień, trzy strzały w środek tarczy. A prócz tego czeka nas zorganizowanie grupowych kajaków, strzelnicy i wakacji w miejscu, które wszyscy naraz odkryli. Na razie zmilczę, żeby nie zapeszyć. Gustaw przeciera szlak u pewnego pijaka, poznanego w samolocie na Fuerteventurę.

Młody zaś, z rozkwitem kataru i bólu gardła, wyjeżdża na Litwę. A marudził od początku: po co tam jechać? Co tam jest ciekawego? Tyle godzin autokarem! Pewnie! Lepiej przeleżeć w barłogu. Kurczę, nigdy tam nie byłam i chętnie bym się wybrała! Może w środę?