Uber alles

O ile wyjazd do zimowej stolicy przebiegał pod hasłem „kelnerki”, o tyle nad stolicą reszty roku patronat objęła formacja taksówkarska. Może to firma? Nie wdaję się w szczegóły; gdzieniegdzie działają legalnie.

Zostaliśmy zaproszeni na wesele. W zasadzie Gustaw z osobą towarzysząca. Załapałam się! Do tego stolica! Nakupiłam sukien i mogliśmy pojechać. Udało się wyrwać jeszcze dwa dni na spotkania z krewnymi i znajomymi królika, plus wiewiórki w Łazienkach. Gustawowi wszystkie stworzenia jedzą z ręki, więc te rude nie miały szans na opór. A Jacek? Jacek po staremu:-)

Warszawa duża jest, noclegi, kościół i dom weselny rozstrzelone na spore odległości. No i nasze zwiedzanie. Wzięłam ubera, bo mi Gustaw wysłał jakiś darmowy przejazd dla nowego użytkownika. Pan Darek przyjechał szybciutko, potwierdził moje zamówienie, że chcemy do Wilanowa i ruszył. Kiedy mijaliśmy wejście do parku okazało się, że wstukałam nazwę dzielnicy i że kurs kończyć sie powinien gdzieś w pieronowicach wilanowskich. I że musimy tam dojechać, żeby poprawnie ten kurs zakończyć. Gdyż pan kierowca odbywa właśnie swój pierwszy w życiu kurs w tej firmie i wszystko musi zrobić jak należy. Wyraziliśmy zrozumienie, poinformowałam o swojej premierze uberowej, po czym uzgodniliśmy, że jak tylko osiągniemy finisz, to pan Darek, w drodze powrotnej, podrzuci nas prywatnie pod pałac. Jak miło!

Zaś w drodze do kościoła, z panem Zbyszkiem, Gustaw miał do pogadania o samochodzie, bo trafiła nam się nówka tygodniowa hybryda. I gadaliby sobie panowie do woli, gdyby nie ulica Kosmatki. Tak! Kosmatki! Kto by chciał mieć taki adres!? Kiedy już skończyłam się śmiać, to Gustaw stwierdził, że z przyjemnością mieszkałby na Kosmatki. Facet!

A znów w drodze powrotnej z wesela, nieco zbyt trzeźwi (za dużo jedzenia, tańca, śmiechu i świeżego powietrza), trafiliśmy na pana, który w tej dzielnicy nie był od dziesięciu lat. A Gustaw miał akurat kartki do wysłania i potrzebował poczty, ewentualnie skrzynki pocztowej o czwartej rano (!). Ledwie skończył artykułować życzenie, kiedy pan Arek zawołał: tam widzę skrzynkę! Zatrzymać się? I tym sposobem rodzina dostała pozdrowienia ze stolicy.

Żeby odpocząć po weselu, pojechaliśmy nad zalew popływać kajakiem. Tyle tylko, że wybraliśmy się w ciemno, bez rezerwacji. No i bez pogody, bo wyjeżdżalismy w pełnym upale, a dotarliśmy w strugach deszczu. Do ośrodka caritasu. Wokół nic, tylko las. Znaleźliśmy kogoś z okolic recepcji i pytamy o nocleg. Znajdzie się jeden pokój na jedną noc. Nie wiem, jakie panują między państwem układy, ale może być podwójne łóżko, szanowna pani? Pamiętając, gdzie jesteśmy , skromnie spuściłam oczęta i wyszeptałam, że owszem… Sto złotych za pokój ze śniadaniem. Ufff. A może jakiś posiłek byśmy dostali? Pani Jadziuuu! Będzie pani miała dwa obiady? Tak, ale za kwadrans! Obiad dwie dyszki. Ufff. No i był kompot! Nazajutrz po śniadaniu Gustaw przyszedł do pokoju ze smutną miną: miało być tanio, a pięć dych zgubiłem! Chyba wiem, gdzie szukać, bo z korytarza wszystko słychać. Poszliśmy do pani Jadzi, którą podsłyszałam, jak przyszła z jakimś znaleziskiem do księdza. Tak, pani Jadzia znalazła. Poszła z nami do księdza i zarządziła: ksiądz odda temu panu 50 złotych! Oddał!

Wygnała nas szpetna pogoda wcześniej do Wrocławia. Tym razem było nie magicznie, a wodniacko. Kajakiem po Odrze. No i śluzowanie, ma się rozumieć! Czy ja wspominałam, że moją książką ulubioną, wiecznie czytaną, jest „Trzech panów w łódce (nie liczac psa)”? Ano tak! A śluzowanie w górę i w dół bardzo jest emocjonujące. Trzeba znać numer telefonu do pani, ładnie poprosić, odpowiednio ustawić do poboru opłaty przy drabince (4,08 zł, po godz.16 stawka podwójna) uiścić się do koszyczka na drągu, pomachać drugiej pani od wrót i już można płynąć dalej. Fakt, początek wycieczki byłam nadąsana, bo kto to widział kazać mi założyć nietwarzową, pogrubiającą kamizelkę, wsadzać mnie do fujskiego kajaka, gdzie jest nieco wody na dnie, mało miejsca na torebkę i strasznie chlapie z wioseł. No i że dostałam w ogóle jakieś wiosła! Hmmm. Jednak z biegiem rzeki… i ta śluza, i mosty, statki, widoki… Przeszło mi:-)

Sentymenty

Tunia, moja trudna współpracownica, poszła sobie na emeryturę. Znienacka, choć stara jest jak sekwoja. Przyzwyczaiłam się do jej obecności, minusów, wariacji i kolorytu. Ale też do serdeczności, pracowitości i kultury. I nawet mi żal, że poszła. Dostanę kogoś nowego. Niespodzianka.

Czternaście wspólnych lat, a nigdy nie odwiedziłyśmy się prywatnie. Aż do teraz. Tunia przyszła pierwsza, potem ja odwiedziłam ją. Zawsze mówiła, że ma stary dom. Wyobrażałam sobie ruinę ;) tymczasem mieszka w pięknym, parterowym domu z wielkim strychem, urządzonym lekko staroświecko z klimatem kominka i wszechobecnego drewna. Tunia jest artystką i to się w jej domu czuje. Nie będzie z tych spotkań wielkiej przyjaźni, ale chcę utrzymać znajomość. Odpadł element frustracji, który mi dawała swoją nieporadnością.

Mam kilka przyjaciółek, a bodaj wszystkie marudzą na swoje kontakty z matkami. Ta nie rozumie, ta upierdliwa, ta urządza cudze życie, ta umarła… Siedziałam  w kafejce z Madzią, kiedy zadzwoniła Bunia. Chodziło o kwiaty na cmentarz. Chciałam szybko zakończyć rozmowę, ale się nie udało, bo wyszło małe nieporozumienie. Kupiłam Buni kwiaty bez okazji (no dobrze, z okazji śmierci taty) i miała to być niespodzianka, ale się wydało. Tak mamo, to dla Ciebie :) Kiedy skończyłam rozmowę, zobaczyłam łzy w oczach Madzi. Wzruszyła się, słuchając: Bo ty tak ładnie rozmawiasz ze swoją mamą! 

Sentymentalnie było też w Tatrach. Młody, choć szkolony w taternictwie, nie złapał bakcyla. Siedzi w domu prawie całe wakacje. Tak mnie ciągnęło w góry, że chciałam jechać sama. Gustaw jednak lubi nowe wyzwania, podłączył się i dzielnie mi towarzyszył. Krótki to był urlop, więc tylko trzy trasy, wszystkie mi znane. Jasne, chciałam ruszyć w Dolinę Roztoki, ale to trzeba wstać skoro świt i wyprzedzić wszystkich spragnionych Morskiego Oka. Nasze „skoro świt” okazało się spóźnione. Za to pierwszy raz byłam na Giewoncie o 16. Dopiero wtedy kończyły się kolejki. Może by tak dawać tablice, że to nie jest szczyt dla lękliwych maluchów? Wiem, bo sama mam jednego ;) Łaziłam po tych Tatrach i wzdychałam, wspominałam, napawałam się. Uspokajają. Odwiedziliśmy kilka „moich” miejsc. Niezaprzeczalnie, zawdzięczam tę miłość do gór Narcyzowi. Gustaw dzielnie to zniósł ;)

Zakopane. Jakby nieco drgnęło i poziom wieśniactwa zmalał. Zaczyna się dziać coś obok cepelii. Jeszcze parę dekad i może będzie dobrze… Kelnerki mają fajne. Gustaw lubi zagadać, to się zdarzyło kilka ciekawych dialogów. Harde takie, wymowne i bystre. Dobrze trafić na człowieka, który lubi swoją pracę.

Sporo się jadło, sporo piło, nawet tańczyło. Z tym piciem to jestem niedouczona: śliwowicę chcecie 50 czy 70? Każde z nas podało inną wartość, wygrał Gustaw. Dostałam kieliszek i zamarudziłam: to mi nie wygląda na 70 ml. Osiołku, to są procenty! Oj, były! W tańcu też nieco niedouczona jestem, a tu zaraz weselisko nas czeka. Znajomych, of kors! Gustaw kręci kuperkiem aż miło, a  ja nieco drętwo… Dwie dekady, ba! prawie trzy,  nie tańczyłam! Jest co  nadrabiać. A czasu  mało, kruca bomba! Może śliwowica coś pomoże?

Miasto Łódź

Tym razem Józef był prowodyrem wyjazdu. Józef i jego hobby klockowe. Miałam liczne wątpliwości, bo wystawy lego to już widzieliśmy… Wzięłam więc młodego na rozmowę: tu mi spójrz prosto w oczy i mów jak na spowiedzi: warto aby grzać do Łodzi? Dałam dwa dni na namysł i usłyszałam: warto! Gustaw też się podpiął, bo dawno nie był. Mnie korciło miasto, które znałam tylko z przejazdów przez centrum, bo obwodnicy zbudować nie mogli przez pół wieku. Przyznajmy, przejazdów okraszonych ciężkimi wiązankami żołnierskimi. Gdyż znam i korzystam. Nawet lubię, bo jakoś pomagają ;) 

Tym razem więc Łódź jako cel. Zaraz siadłam do przewodników i po pięciu minutach wiedziałam wszystko… Tyle tego było… Co kot napłakał… Trzecie miasto w Polsce… Trudno. Nigdy się z młodym nie nudzimy, tym bardziej z Gustawem. Jedziemy! 

Fajnie miałam, bo jazda z Gustawem oznacza jego samochód i jego prowadzenie. Trochę był zmęczony, więc kawałeczek ja prowadziłam. Bez uszczerbku dla samochodu :) A potem zostawiliśmy młodego u freaków lego i poszliśmy w Piotrkowską. Jak się włączy szwendacza, to spokojnie można do nocy się szlajać, zaglądać  do baru, potem knajpy, potem kawiarni, pizzerii i znowu knajpy. Trzeba tylko lekceważyć SMS – y ponaglajace, dopytujące i upierdliwe. Przecież w końcu wróciliśmy! A obiad z nami mógł zjeść, tylko nie chciał.

Na niedzielę została Manufaktura. Ładna jest. I udało mi się kupić młodemu szorty (łaskawie się zgodził), sobie też parę drobiazgów. W ramach kultury wybraliśmy się do muzeum miasta,  w ramach poszerzania horyzontów do eksperymentarium. Potem chłopaki postanowiły zażyć ekstremum i w hinduskiej poszły na ostro. Więc tylko ja dojadłam swoją porcję. I już po. Nie obyło się bez dąsów i stawiania ultimatum, ale kto by się przejmował dzieckiem? Poczekamy, aż dojrzeje. Głupi nie jest…A do Łodzi kolejny raz? Niekoniecznie. 

Życie próżniacze

Ile się trzeba naudawać, żeby uwiarygodnić L4. Dwa dni wcześniej zaczęłam chodzić wolniej, chwytać się za plecy, delikatnie posykiwać. Oj, boli! No naprawdę, musiałam odpocząć.

Gdyż pożądał Gustaw kultury i kupił bilety na spektakl muzyczny. Wstrzelił się pięknie w jedyny nieodpowiedni termin – piknik kombinatowy. Nikt mnie z tej arcyważnej dla przyszłości firmy imprezy nie zwolni dla jakiegoś tam wodewilu… Pozostał Hexenschuss. Mój pan doktor nie czynił trudności, lekko spytał, czy może do końca miesiąca? Ależ, praca mnie potrzebuje i raptem do poniedziałku pozwolę sobie zalegnąć.

Piątulinek więc miałam wolny. Dostarczyłam papier, zorganizowałam roboty zastępcze i udałam się na rekonwalescencję. Do Wrocławia!

Ależ było tego dużo! Trzy lata temu z młodym poszukiwaliśmy  krasnali. Teraz – sznaps i tatar. Mój pierwszy w życiu, całkiem smaczny. Sznapsa już znałam ;)

Wiecie, że w piątkowy wieczór nie ma szans na wejście do lokalu? Bez rezerwacji? Czemu ci ludzie nie śpią?

Za to w sobotę w południe szykowałam się do teatru. Ostatni raz o tej porze to chyba w czasach przedszkola. Przedstawienie zaczynało się o 14, ale też trwało cztery godziny. I na widowni znalazło się kilkoro dzieciaków. Raczej awansem. To nie była sztuka dla dzieci – zdrady, knowania, sztylety i ruchy frykcyjne. Nam się podobało, i choć nie ustrzegliśmy się gwałtownych opadów łba, to opanowaliśmy chrapanie. Każdemu chce się drzemnąć po dobrym obiedzie, a zjedliśmy tuż przed spektaklem. W przerwie wyszliśmy na słońce – paliło jak diabli. Po dwóch godzinach wyszliśmy na mokre ulice. Na froncie teatru widniał baner reklamujący spektakl „Po burzy Szekspira”. Ładna koincydencja.

Mało było nam kultury, więc wieczór spędziliśmy na pokazie fontann. Krótki był i mało efektowny, zatem Wrocław postanowił się zrehabilitować i zafundował nam liczne rozrywki. Zamknięto dla ruchu pół miasta, pojeździliśmy sobie na Sępolno i z powrotem, żeby i tak wrócić do centrum na piechotę. Nie sami… Towarzyszyło nam 10 tysięcy maratończyków. Zrobiło się bardzo klimatycznie – oni biegli, my szliśmy, miasto rozłożyło przed biegaczami dywan barierek, policji, tłumy dopingujacych. I noc, cisza, szmer pepegów o kocie łby, rozbujany Most Grunwaldzki … A na rynku brak ciepłych dań. Oprócz barów pewnej znanej w świecie sieciówki, do których wchodzi się tylko na siku. Kod dostępu 5843#. Pozostało więc Bierhalle z kiepską gulaszową i frytkami, ale świetnym pszenicznym i jeszce lepszą śliwowicą.

Na niedzielę plany były bogate choć mgliste. Ale oto włączył się syn Gustawa (pozwólcie, że nie będę wymyślać imienia) i zaprosił na dach. Hotel o zacnej nazwie Monopol posiada bowiem taras, który warto obejrzeć. Oprócz widoku, który do tego tarasu dołącza. I menu, skromnego li tylko w ilości dań.  Cóż tam, raz się żyje! Obiad, jak na tak zacny hotel przystało, nie był obfity, ale pyszny już tak. W trosce o linię, postanowiliśmy odbyć też krótki spacer do przystanku, by udać się na wyścigi. Konne! Pierwszy raz! Trafiło na Ladys Day i czuliśmy się jak w Ascot. Taaakie kapelusze! Wyścigi też takie. Sobie. Mój faworyt zrzucił jeźdźca… Gustaw był całkiem blisko w typach. Ale nie całkiem.

A potem się rozpadało. I autobus wypadł. A bilety na Sky Tower przepadają!  W końcu jednak niebiosa i MPK się zlitowały i udało się nam wyjechać na 49 piętro. Żeby to było warte 15 zeta, to nie powiem. Ale też nie żałuję.  I nabył Gustaw gustowne ciuszki, a ja lubię zakupy nawet nie dla siebie samej :)

Mało? To jeszcze się skusiliśmy na słuchanie Jandy i młodego Stuhra, jak czytają książkę ludowi pod pergolą. Pergola jednak zmokła, więc czytali w sali pełnej ściśku i parujących  ciał. Fajnie czytali.

Ten Wrocław był inny niż krasnalowy. Nieco magiczny, bardziej żywy choć nocny, słoneczny, burzowy, spacerowy i tramwajowy. Odpoczęliśmy.

Nadmateria i skąd się bierze

Mam mieszkanie, strych i piwnicę. Nie mam garażu, a by się przydał. Też bym go zapełniła; )  Jestem raczej chomikiem niż minimalistką. Ale się uczę. Co jakiś czas robię odgruzowywanie, tyle, że za rzadko albo zbyt delikatnie… No i nie zrobiłam jeszcze do reszty porządku z rzeczami Narcyza. Dojrzewam powoli…

A teraz jeszcze doszło jedzenie. Więcej wchłaniam niż spalam. Pomimo tabaty trzy razy w tygodniu. Już wiem, że jem, kiedy mi dobrze, a nie jak większość, kiedy jej źle. Na szczęście mam sporo ubrań i tylko robię remanent w rozmiarach. No i kupuję :))

Gdybyż tylko chodziło o moje jedzenie codzienne… Cała wina leży po stronie Gustawa. Bo onegdaj był (również) restauratorem i umie gotować. A że ma zaprzyjaźnionego rzeźnika (wiecie, taki prawdziwy, w ufajdanym krwią fartuchu ;), to wymyśla. Zaczęłam więc jadać wołowinę na wiele sposobów, gulasz z serc, świńskie policzki, zupę na wołowych ogonach (plus ogryzanie z owych ogonów mięska). Pycha. I barszcz. I domowy makaron.  Kolacja to też nie kromka z serem, ale cała lodówka na stół. Plus śledzik, ogórek, pomidorki cherry, domowe konfitury, miód. No i nie przechodzimy obok barku obojętnie … ani też zbyt szybko. Raczej powoli i dokładnie, do ostatniej kropelki.

To się wszystko mści. Nadmateria mi się pojawiła. Ktoś wie, jak ją wysłać w czarną dziurę?

Brak informacji to dobra informacja. Resztę się wymaluje

I na tym w zasadzie mogłabym skończyć : )

Józek ma się dobrze. Egzaminy zdane, przygotowuje sobie zaliczenie projektu gimnazjalnego z tego, co lubi – konstruuje kolejny dźwig. I jeśli ktoś myśli, że chodzi o budowanie pojazdu z klocków Lego i że to zabawa przedszkolaka, to się bardzo myli. Bardzo. To jest taki stopień skomplikowania, że odpadamy. Mój ojciec pewnie dałby radę, ale poza nim, to nikt, kogo znam.

Napawa się też młody nowym laptopem – w końcu! I buńczucznie liczy po cichu na kolejne stypendium.

W kwestii wychowywania, to niestety nadal mam pod górkę. Któryś rodzic nastolatka ma inaczej? Chociaż wspominamy z siostrą, że z nami mieli gładko. Bunia potwierdza. Czyli co? Psujemy dzieciaki? Stawiamy na piedestale, ptasie mleczko podstawiamy pod dziubek… Tak. Właśnie wrócił z trzydniowej  wycieczki do Pragi i Drezna.  Wycieczka była pomyślana  bardzo ekonomicznie – spanie i jedzenie niskobudżetowe. To się dziecku warunki nie podobały (materac i śpiwór), jedzenie nie smakowało… A mnie się podobało – niech poczuje, pozna różnicę, doceni. Niech umie się znaleźć. Mogli jeszcze mieć tylko zimną wodę ; )

Bo mnie na przykład małe i skromne całkowicie urządza. Jak np. auteczko. To się Gustaw wyrwał do namawiania mnie, żebym dużym pojeździła. Dopiął swego, zresztą bardzo się nie wzbraniałam. Wsiadłam, ustawiłam co trzeba, tylko prawe lusterko zostawiłam, bo pomyślałam, że i tak nie skorzystam. U siebie mam ustawione na tylne nadkole, żebym widziała, czy w krawężnik nie zaryję.

Wyjechałam z parkingu. To był pierwszy metr (Gustaw twierdzi, że trzeci, bo auto długie ;), kiedy usłyszeliśmy ciche szuranie (dobre wyciszenie) i już wiedziałam, że ten betonowy słup był za blisko. Mam nawyki z małego, a tu  należało wziąć większy łuk.

- O matko! Zryłam ci auto! Czy mam się zatrzymać?

- Nie ma takiej potrzeby. I tak już zryte.

- Strasznie mi przykro. Przepraszam.

- Nie denerwuj się tym, jedź spokojnie. Auto się wymaluje i tyle.

Pojechałam więc, nic więcej nie zmalowałam, chociaż jeden głupek chciał mnie staranować.  Nazajutrz Gustaw zaproponował, żebym prowadziła w drodze do domu, ale prychnęłam:

- Takim zrytym to ja nie jeżdżę!

Buchnął śmiechem i pogratulował tupetu.

Tak naprawdę to było mi głupio, ale też mam chyba zdrowy stosunek do rzeczy – to tylko narzędzia, wszystko można odkupić, naprawić, zastąpić czy zrezygnować. Ludzie są ważni.

A wszystko to napisała dla mnie Yoga 2. Fajna jest, ale to tylko tablet.

Mój blog, a o mnie jakoś mało…

Józef nie jest jednak wystarczająco genialny, żeby zgarnąć miejsce na podium, czytnik e-booków albo kalkulator naukowy. Dyplom plus uścisk dłoni musiał wystarczyć. Ale i tak był zadowolony z tego, jak napisał. Za to jego koleżanka, będąca jeszcze bardziej z siebie zadowolona po wyjściu z sali, dostała obuchem w łeb – punktów mniej niż J., za to wyjaśnienia do punktacji: to nie ja sprawdzałem, to kolega… w zasadzie nie wiem, dlaczego masz tylko połowę punktów za to zadanie, bo wydaje się całkiem dobrze zrobione… Żenua. Wstydź się, uniwersytecie! W tej sytuacji kolejność miejsc zaczyna budzić wątpliwości. Młody zbiera doświadczenia, nie tylko konkursowe, ale i życiowe.

Dziś zaczął egzaminy gimnazjalne. Raczej betka, ale zależy mu na językowym, żeby się w przyszłym roku załapać na kolejne stypendium. Nic tak nie motywuje jak forsa. Dobrze, że nigdy nie dostawał od nas żadnych prezentów za wyniki, świadectwa zbywaliśmy machnięciem ręki, że nuda… Ale byśmy go zepsuli! A tak, sam się zepsuł, nie nasza wina.

Inni też go psują – takie jedno całkiem ciekawe liceum go do siebie zaprasza. Musiałby mieszkać gdzieś w internacie, więc odpuścił sobie po kilku sekundach kalkulacji. Zresztą, nasze ma o wiele lepsze miejsce w rankingu. No i matka jest tylko jedna, khm.

A! No i Jacka wyrwaliśmy z domowych pieleszy w tej stolicy. Zastaliśmy go w dobrym zdrowiu fizycznym i psychicznym, co nas niezmiernie cieszy. Są jednak podstawy do stwierdzenia, że nędza. Ale to zawsze przy blogowych spotkaniach musi być, nie?

Za to u mnie nuda – Gustaw nie rozpieszcza słowem lecz czynem. Gdziekolwiek by nie był, zawsze mu po drodze, żeby zahaczyć o Hermionowo. Choćby mapa i Hołowczyc mówili co innego;-) Pięknie nam się magnolie rozwinęły, więc zrobiliśmy sobie i znajomym spacer po ogrodach. Przy okazji odkryłam, że się miasto wzięło za renowację pewnej szemranej dzielnicy i teraz nie wstyd ludzi zapraszać. I jeszcze plackarnię i galerię tam znalazłam. Jest co w Hermionowie pokazywać, nie to, co w niektórych miastach;-)

Trujka

Od przeszło roku nie oglądam tv i dobrze mi z tym; ostatnio ponoć wszystkim nieoglądającym… Słucham Trójki, choć mniej niż dawniej – polubiłam ciszę. Publicystyka przypomina tę sprzed kilku lat, kiedy rozsiadła się tam prawica i rzygać się chciało od ich bełkotu. Dziś rano wlazł mi do domu Kaczyński, kilka dni wcześniej Ziobro. Państwo wybaczą, że tak po nazwisku, ale najchętniej, to bym po pysku… Nawet w sieci nie czytam wiadomości, bo szkoda czasu. Wystarczą tytuły. Ale dziś wlazłam w artykuł o zmianach na stołkach. A w komentarzu takie coś, co Ewa Szumańska mogłaby napisać, choć pewnie odrobinę subtelniej:

 Młoda lekarka – ostatni odcinek
Spamiętnika młodej lekarki. Ehę, ehę. Będąc młodą lekarką, rzutującą na pierwszy front dekomunizowania rubieży, wszedł raz do mej przychodni pacjęt o wzroku wzburzonym.
– Dziędobry pani doktor.
– A dziędobry. Co pana sprowadza?
- Sprowadza mię do panidoktór lustracja.
– A na czym się panu zrobiła?
– Na posiedzeniu Podstawowej Organizacji Partyjnej Prawa i Sprawiedliwości w Polskim Radiu, pani doktór.
– Ach – spłoniłam się dziewczęco – Nie wiedziałam, że taką już mamy.
– Mamy mamy, pani doktór, towarzysz sekretarz Marcin Wolski jak tylko odnalazł swój stary gabinet w którym sekretarzował POP PZPR za komuny, wzruszył się okrutnie, kazał odnowić, wydrukować nową papeterię i zasiada teraz jako POP PiS.
– Medycyna niestety jest wobec tego przypadku bezradna – powiedziałam zachowując ton adekwatnej powagi.
– Medycyna może i tak, ale my nie – zarechotał pacjęt – My musimy panią doktór zmusić do zlustrowania, żeby wykształciuchy się nie śmiały, że w radiu zostały już tylko stare komuchy jak Wolski, Czabański czy Targalski.
Uznałam, że już czas na przejęcie inicjatywy strategistycznej. Inteligentnym fortelem odwróciłam uwagę pacjęta.
– O, ptaszek!
– Gdzie?
Zaaplikowałam narkozę (BUM!). Śmiałym ruchem umieściłam pacjęta na fotelu i przystąpiłam do trepanacji czaszki (wzzzzzzz!). Dokonałam sekcji treści mózgowia (ćplskślpskslślslsplsk). Znalazłam żałosne kompleksy, zawiść i opakowanie po wazelinie zawierające szarą substancję przypominającą kacze odchody. Przeniosłam te ciała obce do autoklawu (zzziut!). Następnie wlałam pacjętowi do głowy litr oleju Kastrol (chlllust!), umieściłam czaszę czaszki w położeniu pierwotnem i zaszyłam catgutem (ciachciachciachciach).
– Już po wszystkiem, może się pan obudzić! – oznajmiłam.
– Gdzie ja jestem?
– W mojem gabinecie. Przeprowadziliśmy zabieg mający pana wyleczyć z kaczyzmu. Ile pan widzi palców?
– Jeden.
– Dobrze. Co pan myśli o lustrowaniu satyryków?
– Od żartowania to są chyba satyrycy, nie politycy?
– Dobrze. Co pan myśli o obecnej polityce radiokierownictwa?
– No wariaci jacyś się do tego dorwali, najciekawsi ludzie odchodzą, zostają same stare komuchy udające antykomuchów. To na dalszą metę samobójstwo jest przecież.
– Doskonale. Jest pan wyleczony. Nowoczesna medycyna po raz kolejny zatryjomfowała nad wstecznictwem i zabon… zabonbonem. Co ma pan w tej kopercie?
– Druk oświadczenia lustracyjnego, ale to teraz niepotrzebne, bo już zmądrzałem. Dziękuję pani doktor, czuję się o wiele lepiej, rzucę te głupie papiery byle gdzie, na przykład tu na parapet. Do widzenia!
Niestety, ledwie pacjęt opuścił mój gabinet, przez okno weszli komandosi z Centralnego Biura Antylekarskiego ostrzeliwując się zaciekle („papapapa! ka-buuuum! zzzzzzzonnnk! putatatatataputatatata!”). I tak właśnie znalazłam się na tej oto konferencji prasowej poświęconej mojemu usiłowaniu morderstwa dla uzyskania korzyści materialnej o wartości zadrukowanej kartki a cztery.
[guest starring - Minister Ziobro]: Ta pani już nikogo nie rozśmieszy. 

Autor wpisu, choć wcale nie tekstu – zapend

I znowu przyjdzie mi wziąć na przeczekanie. Nie napiszę, że życia szkoda, bo moje akurat toczy się obok całkiem żwawo, ale jednak szkoda radia. 

jajo

Chwili spokoju nie ma…


Chciałby sobie człowiek odpocząć, poleżeć… bo lubi. Nie, stale coś. 

A to Młody chodzi po domu i złorzeczy urzędowi marszałkowskiemu wojewody, a to wymyśla nowe wersje laptopa i opowiada o systemach plików. Bo się marszałek opieprza od pół roku. Wystawił regulamin stypendiów, a potem tylko wydłużał czas na ich złożenie. Z tego się wziął poślizg. Potem te wnioski sprawdzał pod wieloma względami, międlił i przeliczał aktywa. Powoli i dokładnie. W końcu podał do wiadomości, kto jest tym szczęśliwcem. Także Józef. Zostało jeszcze czekanie na umowę – właśnie doszła! a następnie na pierwszą transzę pieniędzy. J. czeka i kombinuje, na co wyda. Co wykombinuje, to się doczyta, że jest coś lepszego… Jak to w elektronice. I zaczyna się cieszyć ten Józek, że nie kupował wcześniej:-) Sama jestem ciekawa, jakże w końcu podejmie decyzję.

Został też J. laureatem jednego ważnego konkursu. W podstawówce zrobił to dwukrotnie, więc nuda… Profity z tego niewielkie – zwolnienie z części egzaminu gimnazjalnego. Tej części, którą ma w małym palcu. Za to szkoła dumna; niech się cieszą. I kiedy myślałam, że już będzie spokojnie, to się pewien Uniwersytet wyrwał z ogólnopolskim konkursem. Szkoła od razu po przeczytaniu warunków uczestnictwa podsunęła pod nos cyrograf, że jakby co, to na finał sami sobie jedziecie. Podpisałam. Młody przeszedł pierwszy etap, drugi i bach! jest w finale! I się, kurde, trzeba wybrać w sobotę do Warszawy! No pech! W efekcie takiego sukcesu, tym bardziej, że podwójnego, bo się też dostała koleżanka z klasy, a w całej Polsce raptem 40 osób, szkoła zaczęła coś przebąkiwać o zorganizowaniu transportu. Dziękujemy, jednak wolimy sami. Cały dzień męki zamiast weekendowego wypadu do stolicy? Zabukowałam hotel, weszłam na stronę pociągów i odpadłam. Który pociąg się kwalifikuje na weekendowe bilety? Ile zniżki ma uczeń? Strona regulaminów, a każdy ma kilkanaście uzupełnień i zmian. Tekstu jednolitego brak. Za poradą Madzi wsiadłam w auto i pojechałam do najbliższej kasy. Kilkanaście kilometrów, bo się Hermionowo wypisało z wszystkich dworców. A tam, na dalekiej rubieży, przemiła pani w okienku. Dopytała, posprawdzała (każde sprawdzenie wymagało wystawienia biletu a następnie jego anulowania – taka nowoczesność!) i pomogła zaoszczędzić akurat tyle, ile wydam na hotel. Plus życzenia serdeczne na drogę i święta.

Ogólnie lubiani jesteśmy, to się nam z Gustawem darzy. Bilety do najpiękniejszej sali koncertowej dostaliśmy na super koncert. Darmo, z przyjaźni. Od pół roku się ze Scoutkiem tam wybieramy, przebieramy w ofertach, grymasimy na ceny… Nie wszystko nam pasuje, nie na wszystko się można załapać, bo większość wyprzedana pół roku naprzód. A tu taki bonus! Tyle, że z Gustawem. Sala NOSPR zapiera dech w piersiach, a jak się wie, jak była projektowana, wymyślana, na jakie szczegóły zwrócono uwagę, kto się zajął akustyką, to naprawdę widz czuje się dopieszczony. 1800 miejsc, a dostrzegłam tylko kilka pustych foteli. Trzy różne gatunki muzyki świetnie wymyślone i połączone: orkiestra symfoniczna, zespół rockowy grający muzykę celtycką i rumuński band 12 dęciaków. Fantastyczny koncert. Na deser dostałam tort Pavlovej i widok na Katowice z kafejki na 27 piętrze. Całe szczęście, że pojechaliśmy tam późną nocą – wcześniej miasto oddało cześć Ziemi i wyłączyło oświetlenie.  Nie chce mi się pisać o tej głupocie… Widoki cudne!

No i sami widzicie, że nie ma kiedy dychnąć. 

Na szczęście, w powiązaniu z fazami księżyca, nadeszły święta. Czyli jest nadzieja:-)

Ten

Właśnie mija 10 lat mojego życia blogowego jako Hermi(ona). A nie, dłużej, bo wcześniej tylko komentowałam. Poczynając od Wawrzyńca i Zimna.

Blog powstał 16 marca 2006 roku. Jako ruch dywersyjny… Byłoby buńczucznym twierdzenie, że bez Was ciągnęłabym to tak długo. Dzięki temu mam znajomości, przyjaźnie, mnóstwo wspomnień. Myśląc o blogu, zawsze mam uśmiech na twarzy. A nie, raz nie miałam, kiedy myślałam, że Zula dorwała mój numer telefonu (co nie zmienia faktu, że Zula powinna się w końcu ujawnić!). I drugi, kiedy dałam link przyjaciółce, a ona mnie wkręciła w strach o demaskację. Dzięki, Iga!

Czytelnicy, niby nic ważnego, przypadkowi ludzie (nie mylić z przypadkowym społeczeństwem, drugim sortem czy oglądaczami porno pijącymi piwo). A jednak! Okazaliście się fantastyczni w pocieszaniu, opieprzaniu, goszczeniu u siebie w domu i wielu innych atrakcjach… Długo ta anonimowość nie trwała, choć wiecie, jak cenię sobie incognito. Sama byłam prowodyrem spotkań, chociaż… tego… nędza, panie! Dziękuję, że dotrzymaliście słowa i mogę nadal być tylko Hermioną. Nawet, kiedy zdecydowałam się podać adres kilku bliskim mi osobom. Ależ to bolało! Wiem, mam fizia.

Zdarza mi się zajrzeć do starych wpisów. Nie chodzi o megalomanię. Przypominają mi zdarzenia, o których już zapomniałam. To jeden z dużych plusów tego pisania. Jednak zdecydowanie największy to właśnie Wy, zaglądacze i czytacze. Komentatorzy. I przyjaciele.

Nie wiem, jak będzie dalej. Chciałabym to kontynuować; na tyle szczerze i sarkastycznie, na ile pozwala wyczucie smaku. Dziś nie było śmiesznie, ale mam nadzieję, że optymistycznie.

Dziękuję i do zobaczenia wkrótce!