Ze stodoły

Zebraliśmy się pewnej soboty i pojechali na łów. Bo mi się zamarzyło mieć w końcu rower. Nigdy w życiu nie miałam. To znaczy raz miałam. Tak jakby rower. Bo jak sekretarka w kombinacie wiejskim usłyszała, że nigdy, to się za głowę złapała, że taka jestem biedna, ułomna i pozbawiona. I ta złota kobieta w kwadrans znalazła, wydrukowała, zalaminowała i dostałam swój pierwszy rower – na obrazku. Śliczny taki, niebieski z koszykiem. Jeszcze gdzieś go mam… Więc teraz, po zakupie, zrobiłam zdjęcie i jej pierwszej wysłałam. Ucieszyła się, choć musiała dodać, że ten jej był ładniejszy. Był.

Ale za to mój… Znalazł Gustaw komis rowerowy. Niedaleko. W stodole w sąsiedniej miejscowości. Kilkanaście rowerów różnego autoramentu z ceną na bagażniku. Pojechał na rekonesans, ale wybór był spory i wolał to zostawić mnie. Skończyło się na tym, że spośród kilku, które mi się spodobały i którymi sobie pojeździłam po podwórku, kazałam mu wybrać najlepszy. Bo akurat na tym się nie znam. Rzadkość ;-) Gustaw też się nie zna (jeszcze większa rzadkość ;-). Pincet bez plusa i wróciliśmy do domu. W drodze myślał Gustaw intensywnie, co to za mechanizm przy kierownicy, bo ten drugi rozgryzł na miejscu, przy babci sprzedającej. Bo nie było zmieniacza przerzutek… No i mam – automat plus wspomaganie kierownicy. W rowerze! Za pincet! W auteczku nie mam automatycznej skrzyni ani wspomagania. A tu – proszę. Trzeba było tylko wymienić baterie przy tym automacie, doprecyzować dynamo i przetrzeć z kurzu koszyk. A jak się pięknie jeździ! Cyk i przerzutka wskakuje, nawet myśleć o tym nie muszę! Wspomagania kierownicy na razie nie czuję, ale ja w ogóle jestem dumna z siebie, że umiem jeździć! Karty rowerowej nigdy nie zdawałam, a i tak umiem. Wiatr we włosach, piwo po skończonej jeździe, sielanka.

Nawał (osoby wrażliwe językowo uprasza się o zamknięcie oczu)

Głównie roboty. Zwaliła mi się na głowę inwentaryzacja duża, raporty globalne, przekształcenia ogromne. Plusem jest Nowa (z wyglądu – przeciwieństwo Tuni: młoda, pulchna, apetyczna, są amatorzy takich kobiet, głównie w starszym pokoleniu).  Łapie szybko, przejmuje ode mnie część spraw, które przy Tuni musiałam sama. Bywa zbyt samodzielna, ale po jednej wpadce się uspokoiła. Nie to, co Przyciężki. Zamiast schować gębę do szuflady, to jątrzy i knuje. Ale też nikt się chyba nie spodziewał po nim klasy i honoru. Jednym z pierwszych haseł, jakie wygłosił, było: no to teraz się dopiero przekonamy, komu słoma z butów wyłazi!  I pokazuje…

Prywatnie bez zmian: sielanka z Gustawem, zgrzyty z Józefem. Na szczęście mam wokół przyjaciół, którzy mówią jedno – młody ma dostać wpierdol, żeby wyszedł na ludzi. Chodzi do pedalskiej szkoły i życia nie poznał. Dom ma go tak wkurzać, żeby z niego uciekał do kumpli, którzy mu potwierdzą, że stara jest guuuupia a jej gach jeszcze bardziej. Jak każdy normalny 17 – latek. I do roboty ma iść w wakacje! Na budowę, gdzie lecą kurwy i chuje i gdzie piją piwo od rana. Inaczej moja przyszła synowa mnie przeklnie, bo to będzie oczywiście moja wina, że synuś jest trudny w pożyciu.

No i, jak zwykle, albo jest flauta albo nawał. Wczoraj: rano koleżanka zaprasza mnie na urodziny w środę. W środę jestem już umówiona z grupą koleżanek branżowych. Po południu dzwoni przyjaciółka ze studiów, żeby jednak się spotkać raz na dekadę. Ustaliłyśmy bezpieczny termin za miesiąc. Kończę rozmowę i wpada Bunia, żebym potwierdziła, czy będę na zjeździe kuzynów, bo trzeba wpłacić zaliczkę na żarcie. Kiedy spotkanie? Za miesiąc, w dniu właśnie TYM. Muszę przełożyć koleżanki. Wieczorem na pogaduchy zaprasza mnie Iga, z którą nie możemy się spotkać od czasu, gdy miałam krótkie włosy. A zapowiedział się Gustaw, w drodze powrotnej ze świętego miasta (acz nie z pielgrzymki). Gustawa rozsądnie przerzuciłam na weekend. Jeden dzień, trzy strzały w środek tarczy. A prócz tego czeka nas zorganizowanie grupowych kajaków, strzelnicy i wakacji w miejscu, które wszyscy naraz odkryli. Na razie zmilczę, żeby nie zapeszyć. Gustaw przeciera szlak u pewnego pijaka, poznanego w samolocie na Fuerteventurę.

Młody zaś, z rozkwitem kataru i bólu gardła, wyjeżdża na Litwę. A marudził od początku: po co tam jechać? Co tam jest ciekawego? Tyle godzin autokarem! Pewnie! Lepiej przeleżeć w barłogu. Kurczę, nigdy tam nie byłam i chętnie bym się wybrała! Może w środę?

OMG

Nie rozumiem,  dlaczego ludzie używają /nadużywają imienia…? Tacy są egzaltowani? Nielimitowane połączenia mają?

U mnie to co innego. Osobista Matka Gustawa. Archetyp matki. Nie tylko wkurzająca ale i dowcipna. Potrafi wkręcić sąsiadkę w ‚nowe’  odmiany kwiatów, które nie wymagają podlewania (chińskie takie, śliczne jak żywe). Po kolędowych peregrynacjach księdza, kiedy to kumy marudziły, że tak krótko zabawił, zastrzeliła je informacją, że u niej był godzinę! Jakżeś to uczyniła, OMG? –  zapytały. Zamek w drzwiach wejściowych się zaciął i trochę to trwało. Ministrant przez okno wyskakiwał, pomoc wzywał, zeszło tego z godzinę…  Surowo jest chowana przez Gustawa: – Hermiona będzie? – Nie powiem Ci, bo za dużo byś wiedziała. Ale ciasto upiecz!

Ze spraw przydomowych, to RPA-ńczyk (nasz był, to go sobie możemy nazywać, jak chcemy) był i pojechał. Nie zawirował domu jakoś specjalnie, organizatorzy wyciskali z nich siódme poty i kilka razy szedł spać ok. 20-tej. Ta dzisiejsza młodzież! Józek wykazał się, jak trzeba. Parę razy skonstatowałam, że jednak wie, umie, rozumie i stosuje nauki, które uważałam za groch o ścianę… Przydatna wizyta. Oprócz trudnych do żucia słodyczy afrykańskich, dostaliśmy dizajnerskie kieliszki do jajek. W drogę powrotną zabrał młodzian porcelanę z Franzem Josephem i Sissi. I krówki ciągutki : -)

Ze spraw kombinatowych, to Przyciężkiego wywalili ze stołka. Tuż przed świętami, dokładnie jak Misiewicza. Robotę ma, tylko niżej. Jak wróci po świętach, to go będzie połowa, a rodzina przeżyje armagedon. Zatrzymają się na Wielkim Piątku i długo nie zmartwychwstaną. Już ja go znam…  Nowe szefostwo? Nie wiem. Trzeba się będzie na nowo dopasowywać, bywać zaskoczonym mile i niemile. Nie jest to wszakże organ władzy bezczelnie nam panującej, więc może nie będzie to ‚dobra zmiana’. Tfu!

Kto to czuje, to życzę radosnych Świąt Wielkanocnych, dla reszty dobrych relacji rodzinnych!easter1

11 liczba mistrzowska

I w tę oto piękną rocznicę istnienia bloga wpisuje się zdarzenie, którego nadejście zawsze podejrzewałam. Obawiałam się. Nieco martwiłam na zapas. Mogło przyjść wcześniej, kilka lat temu, kiedy Ikona, może Beznaiwna albo Latkaa, na pewno nie Jacek, przy okazji spotkania w  realu z Józkiem, chlapnęły coś o życiu blogowym, o początkach znajomości… Pewnie wtedy usłyszał pierwszy raz. Zastrzygł uszami i schował w którejś szufladce pamięci. Bo potem czytał Kaczkę. Jakże nie czytać, kiedy to wyśmienite? I pewnie via Kaczka, pamiętając, że słyszało mu się nieraz o Hermionie, dziabnął w link. Ten właśnie. I wywrzeszczał, że z obcymi o jego sprawach. I że się nie przyznawałam, kiedy wyhaczał pytaniami o temat…

OK, nie było tak źle. Rozumie, (pewnie nawet łechce nieco próżność ;) nie zamierza się czepiać (łaskawca, to MÓJ blog!). Wyjaśniło się, dlaczego od jakiegoś czasu szafuje słowem ‚oszukujesz’. Oj tam, zaraz ‚oszukuję’. Mówić nie chciałam i tyle. 

11! Kawał czasu!

17 masz lat, nic nie szkodzi ; – )

Jak byłeś głupi, tak jesteś…

Józek potrzebuje twardej ręki. Bywam twarda, ale żeby stale, to już nie. Jego wychowawczyni, moja znajoma, potwierdza – ciężka z nim dyskusja: uparty i wszystko wie najlepiej. Właśnie, po miesiącach dyskusji, jak się okazuje, bezowocnych, zrezygnował z rozszerzonego języka obcego. Nie będę krakać, ale mnie w ogólniaku koleżanka rzekła: odżegnywanego chleba największy kęs. Kasandra jedna! Od pewnego czasu Młody sam dokonuje wyborów… A że skończył 17 lat, to niech spija tę śmietankę… A propos wyborów: nie podał życzenia urodzinowego, więc sama zdecydowałam – duuuuża walizka (khm) i dziecięcy tort (bo to ostatnie takie urodziny).

Screenshot_2017-03-08-12-00-54-1

Teraz jeszcze doholować w zdrowiu psychicznym do matury. Tia…

A z zadań bieżących, to czeka mnie wizyta. RPA nas odwiedzi na blisko 2 tygodnie. Młodzież męska, typ sportowy, elitarny, niemieckojęzyczny. Cóż,  witamy w naszych skromnych progach… To się chłopię zdziwi : -) Sam ma willę niedaleko oceanu. Ależ jestem ciekawa, jak to się wszystko rozegra. Józef, typ samotniczy, arozrywkowy i moje poczucie obowiązku, przy słabej znajomości języka (mojej, oczywiście). Na razie trwają działania logistyczne, żeby gość czuł się swobodnie. A jeśli pije?! Albo ćpa?! Albo chodzi do kościoła? ; – )

Gdyby któraś czekała na życzenia okolicznościowe, to nie tutaj. Ale w ramach ‚święta’  mogę pójść pod  precyzyjnie określony adres na Żoliborzu i pomóc spakować tej małej gnidzie walizkę emigracyjną. Na zawsze. Nawet oddam tę Józkową.

wPISuje się

ten Przyciężki w klimat… Kupił sobie mównicę. Zaoszczędził na koniec roku i kupił. Bo marzył od dawna. Kiedy usłyszałam o tym marzeniu pierwszy raz, to pomyślałam, że jakiś szyderca świetnie wczytał się w duszę pryncypała i wymyślił dowcip doskonały. Jednak to nie dowcip. Coś jak w całym naszym burdelu…

Bunia zapytała, dlaczego nie klęcznik. Sama nie wiem. Ale zapewne kosmos odpowie na to zawołanie. Niebawem.

Jak wyleczyłam się z Desigual

Początkiem roku wymarzliśmy na kolejnym zlocie świrów od renault. Minus 27 to nie jest fizjologiczna temperatura. Wymyślił więc Gustaw, żeby ogrzać się tej zimy. Egipt byłby ciekawszy, nurkowanie, opalanie… Stanęło jednak na Kanarach. No trudno. Nie jest to moja bajka, nigdy nie jeździłam na zorganizowane wczasy nadmorskie, ciepło mnie męczy, plaża nudzi. Ufam jednak Gustawowi, nauczyłam się wykorzystywać okazje, które mi stwarza, korzystam z życia. Nowa ja. Poza tym, miałam jakieś zaskórniaki, a G. wykazał chęć do sponsoringu. No to fruuuu. 5000 kilometrów. 

Fuerteventura przywitała nas deszczem. Bo wieje stale. Ale później było tylko lepiej. All inclusive. Picie i patrzenie, jak szef restauracji odlicza dni do naszego wyjazdu. Objeżdżanie całej wyspy wynajętym samochodem, którym można poruszać się tylko po asfalcie. A my te szutrowe drogi zjeździliśmy wzdłuż i wszerz. Znowu w deszczu, upieprzeni błotem po dach. W myjni trzeba było 8 sesji, żeby doprowadzić auto do wyglądu „tylko po asfalcie”. Warto było! Miasta nie mają wiele do zaoferowania, za to widoki! Zapierające! Od północy po południowe skrawki wyspy, od wschodu po zachód. Temperatura oceanu nie zachęcała do kąpieli, Gustaw jednak nie lubi się poddawać. Ponoć wejście do wody powodowało, że jajka pochodziły do gardła, fale podmywały stopy a ocean wciągał w głąb. Zawsze jednak wracał na ląd z uśmiechem zwycięstwa na twarzy. Ja tymczasem moczyłam stopy i uwieczniałam męstwo na fotografiach. Taka współpraca.

A co z Desigual? Po kilkunastu trudnych kilometrach dojechaliśmy do „restauracji”  w Cofete. Kraniec świata zabity dechami. Błoto na tarasie i cerata na blatach. Siedzimy sobie przy piwie, kiedy wchodzą trzy Niemki. Nie bójmy się tego słowa: stare i brzydkie. Upierścienione, z wymalowanymi pazurami u nóg. Każda z torebką Desigual. Wtedy mi przeszło…

7

À rebours

thumb_IMG_2009_1024-12016 upłynął mi radośnie. Kompletnie bez analogii ze światem zewnętrznym, który był raczej do dupy. Ludzie wokół mnie przeważnie pomstowali, spluwali i życzyli sobie, żeby już poszedł precz! Ja tymczasem sporo jeździłam, zwiedzałam, poznawałam nowych ludzi, jadłam pyszne dania, piłam więcej wódki niż na studiach, udzielałam się wśród przyjaciół… No i Gustaw! Trafił mi się : ) 

I oto nastał koniec roku. Jakże by go uczcić? Paryż? Kiepskie terminy. Knajpa? Domówka? Nie zebraliśmy ekipy. Koncert pod chmurką? Zimno, a ja nie umiem się zamknąć i przez to gadanie/śpiewanie zawsze rozwalam gardło. Stanęło na romantycznym wieczorze we dwoje. Zrobimy sobie pyszne jadło, będziemy pić ile tylko chcemy, obejrzymy „9 i pół tygodnia”, napalimy w piecu do 90 stopni, założę tę nową bieliznę, szlafroczek i pantofle z puszkiem, świece, satyna… Świetny plan. 

Gustaw obudził się z  bólem głowy. Trochę chemii później był już na tyle zdrowy, że zaczął przebąkiwać o wyjeździe na koncert. Postawiłam veto i powrócił spokój: Gustaw ustawił tryb: dom – praca. Zajął się oskórowaniem danielli. Samica daniela to jak się nazywa? Nieważne. Nie chciałam tego oglądać, każde zamknięcie oczu kończyłoby się reminiscencjami rzeźniczymi. Poszłam na spacer. Nie cierpię spacerów, więc oczywiście poszłam do sklepu. Nakupiłam chipsów jak głupia (w zasadzie nie jadam, raz na ruski rok lubię się upodlić…) i bardzo powoli wróciłam. Odwracając wzrok od tarasu. Gdzie rozpięta daniella prezentowała wszystkie mięśnie i flaki. Które wylądowały w końcu (w końcu!) w misce i zamrażalniku.

A może byśmy pojechali na obiad? Gustawa wyraźnie nosiło. Nigdy nie odmawiam dobrego jedzenia, a tutaj mają dobrą restaurację. Dorsz na grillowanych warzywach  z rukolą i granatem oraz wątróbka z musem malinowym. Mrrrr. Zaraz potem zadzwoniła matka osobista G. Bo zrobiła bigos, ma jeszcze rybę w galarecie, makówki i ciastka oczywiście. Czyli wieczór kucharzenia poszedł się paść, odwaliła za nas całą robotę. Zebraliśmy łupy, złożyli życzenia i udali się świętować. Była godzina 18… Gdzie tam do północy… Ileż można jeść chipsy, kiedy G. ich nie tyka… Film się zestarzał,  choć aktorzy tacy młodzi… Nuda, panie! To był długi wieczór… Krótki telefon do przyjaciela poprawił nam nieco humor – przyjaciel trafił jeszcze gorzej, bo wylądował u fatra: ). Ale nadal była tylko 22. Gustaw, człowiek czynu, postanowił przygotować haubice, wróć! moździerz do wystrzałów. Poukładał naboje kolorami, sprawdził wloty i wyloty… Przygotował fajerwerki, a niestety nie było ich wiele… Jeść już nie mogliśmy… Sama nie wiem, jak udało się nam dorwać do 23.45, kiedy to postanowiliśmy odpalić chińszczyznę. Głośno było. Jakieś 2 minuty, bo robił przerwy… I wtedy nagle czas stał się łaskawy – przygotowania do toastu, zakładanie kurtek, telefony w dłoń; ruszyliśmy na balkon oglądać pokazy. 3/4 widnokręgu jak na dłoni, okolica bogata, sąsiedzi hojni,  było co podziwiać! Rozochoceni wróciliśmy do środka i zaczęliśmy się świetnie bawić. Fajny ten Nowy Rok! Czego i Wam życzę!

Timing

Dwa lata temu, z dość starą już cioteczką, nestorką rodu, umówiłam się na nauki kuchenne. Chodziło o jeden tylko przepis: rodzinna zupa rybna. Zupa, do której trzeba dojrzeć, żeby zaczęła smakować.  Pierwsze wigilie życia upływają naszym milusińskim na stresie: jak tu dotrwać do prezentów i nie zarobić szlabanu przez tę fujską brązową breję. Wraz z siostrą zaczęłyśmy dość szybko doceniać jej urok. Są jednak tacy (patrz: Józef), którym jedna łyżka na rok (no spróbuj chociaż! jedna łyżka! tyle cię nie zabije!)  to i tak za dużo. 

Cioteczka wybrała największy garnek do gotowania, bo amatorów zupy nigdy nie brakuje. Wypisała mi składniki, pokazała kolejność, wspólnie mieszałyśmy w garze, ale i tak na końcowe dosmaczanie zaprosiła mamę, najmłodszą z sióstr. W zeszłym roku cioteczkę dopadła już demencja i sama musiałam sprostać zadaniu. Oczywiście, na końcowe dosmaczanie zaprosiłam mamę. Zaczęła od łyżki soli ;-)  

W tym roku cioteczka będzie się nam przyglądać z góry. Zapewne dosmaczy mama, ale za kilka lat będę już samodzielna. Cały rok czekam na ten moment – z fujskiego wywaru z karpiowych głów, po dodaniu mnóstwa bakalii, śliwek, piernika, piwa i wina, zasmażki i soli, wychodzi cudowna, niepowtarzalna zupa. Każdego roku nieco inna, bardziej lub mniej drapiąca w gardło, słodsza lub kwaśniejsza, zawsze brunatna i gęsta, bez kawałka ryby : – ) 

Długo zwlekałam, kusiłam los – rodzina długowieczna, a tu cioteczkę powołano nagle w 85 roku życia! Na szczęście zdążyłam! Nie przegapcie mądrości swoich cioteczek! 

Radości nie tylko na Święta! Szczęścia na cały kolejny rok, wygląda na to, że bardzo nam się przyda… 

Kochany pamiętniczku!

Siedzimy sobie i gadamy w małym gronie. Głównie o pracy, trochę o głupotach. Zeszło na radio. Gustaw miał takie oto zdarzenie: słucha czasem radia Maryja, bo trzeba wiedzieć, co jest. I tak jakoś po pewnym czasie się zorientował, że to nie radio Maryja, tylko lokalne. Żadnej różnicy. Dokłada się Iga: moja mama słucha zawsze jedynki. A tam wieczorem radio watykańskie. Codziennie! Nie mogłam dołożyć swego, bo coraz rzadziej trójka u mnie gości. Ale już kilka razy się żachnęłam (a ja się umiem pięknie żachnąć!) na teksty. I na Lisickiego. Na przykład dziś rano: zaprosił Jarosława. Oczywiście, Jarosław został zapewne poproszony o udzielenie wywiadu w dogodnej dla niego wieczornej porze, bo rano, to przecież on nie wstanie… Co się zresztą pięknie układa w całość, bo wspominał stan wojenny. Cóż też on może wspominać? Spał! Ale za to przedstawił plany ucywilizowania opozycji – za przykładem krajów zachodnich (! - czyli jednak bywa tam coś ciekawego, do skopiowania ) należy ją zinstytucjonalizować. Ot, co! Już się nie mogę doczekać przepisów wykonawczych; zapewne kolejny cymesik niezgodny z konstytucją i standardami cywilizacyjnymi. Koniec z polityką na dziś.

Dostał kiedyś Gustaw mail zatytułowany: Czas na prezenty. Spojrzał na treść, a tam reklama gadżetów firmowych. Odpisał natychmiast, że jest mi głęboko wdzięczny, że dbam, pamiętam i że całkiem niedrogo, bo spodziewał się diamentów i norek. (I że mnie uwielbia - co przez skromność chciałam tutaj pominąć, ale gra rolę i się pominąć nie da). I oddał się pracy, w tym rozmowom telefonicznym. W trakcie rozmów zauważył, że ktoś się do niego dobija. Oddzwonił. Miła pani poinformowała, że dzwoni z firmy od gadżetów, bo mają problem – w firmie pracują dwie Hermiony i ona nie wie, której przekazać taki miły mail… Zrobiła się z tego kulturalna pogawędka, z której jednak nic nie wynikło – Gustaw pozostał mi wierny, gadżetów nie zakupił, przekazał jednak ukłony dla obu Hermion i rozmówczyni. A do was dzwonią z listy mailingowej?