Morda motłochu

Zakupy popołudniowe. Sunę z koszem do kasy, zachowuję czujność, bo dwie kasy oblężone, więc pewnie zaraz otworzą kolejne. Tak właśnie! Mój kosz toruje mi drogę, zgrabnie ustawia się w rynnie przy  taśmociągu. Wszystko z godnością, bez zbędnej nerwowości i oto mogę być pierwsza. Tuż za podium pani z jedną siateczką mandarynek, więc z uśmiechem ją przepuszczam. I oto za panią próbuje się jeszcze wepchnąć starszy pan z naręczem zakupów. Nie pozwalam mu na to i ustawiam się jako druga. Zaczyna pomstować na moje chamstwo. Odwracam się w jego stronę i przypominam, że teraz moja kolej. Nadal pyskuje, odwołując się do mojego młodego wieku (dzięki!) i braku kultury, do wygadania itp. Nie wdaję się w żadne pyskówki, słucham, co tam wygaduje. A dziad plecie, że wyszło ze mnie całe to PO i kodziarstwo. Wewnętrznie stawiam oczy w słup, zewnętrznie oświadczam, że zdecydowanie za dużo mówi i kończę zakupy.

I teraz tak: nie zdenerwował mnie, bo w moim wieku większość spraw mam v prdeli. Zaskoczył, bo to jednak dużo więcej niż tylko „chytra baba”. No i skąd wiedział, że sprzyjam bardziej tym niż tamtym? Bo to, co on myśli, usłyszała cała kolejka.

Takich, jak on, zawsze było sporo, ale siedzieli cicho. Teraz dostali przyzwolenie i otwarli mordy plugawe. Że przesadzam? Nie. To jest zwykły cham i bezczelny gnój, któremu nienawiść przesłania rozsądek (o ile go posiada). Otwarto śluzę, przez którą wpływają najniższe instynkty, cały szlam: kłamstwo, podłość, zawiść. Bezinteresownie całkiem. Chociaż nie, interesownie. Oni na tym zyskują! Posady, wpływy, pieniądze. Rację. Ich rację.

Oby jak najszybciej się to skończyło, bo sprzątania będzie na dekady. Kiedyś myślałam, że może młody będzie chciał studiować za granicą. Ale wróci. Teraz nie życzę mu wcale mieszkania w Polsce, pomimo całego balastu, jaki się wiąże z emigracją. Polacy to strasznie skundlony naród, nie umiemy równać w górę, zawsze w dół…

Islandzki smakołyk

Suszona ryba. Suszy się w przewiewnych barakach, zamykanych na kłódkę. Może dawniej tej kłódki nie było, ale teraz.. No wiecie.. Smaczna i bardzo aromatyczna. Tak bardzo, że każdy pilnował, żeby jednak woreczek dobrze zamknąć. Gustaw kupił sobie też hakarl – zepsutego rekina. Nie jestem zainteresowana, choć bardzo ciekawa, jak to będzie z degustacją. Otworzy w ogrodzie, od zawietrznej? Biesiadnicy uciekną? Jedliśmy i wieloryba – wołowina o smaku wątróbki. Raz wystarczy. I pyszną zupę rybną, polecaną przez Pascala. Mają kiepski chleb i dobre masło. Skyr też mi smakował. Niewiele więcej próbowaliśmy, bo uprzedzano nas o słabej spożywce, więc mieliśmy własne zapasy.

Vinbudin – trzeba się wstrzelić w krótkie godziny otwarcia i w wysokie ceny alkoholu. Albo olać temat. My wybraliśmy ścieżkę pośrednią – celebracja przy wyborze dwóch puszek piwa. To jedyne sklepy na wyspie, które sprzedają alkohol, oprócz knajp. Ceny solidne, nawet dla tubylców, choć nie wygląda, żeby wylewali za kołnierz. Ponoć pędzą.

Mili, życzliwi i mówią po angielsku. Nawet rozumieją, co ja do nich mówić. Albo pokazywać. A ja mówić, że potrzebuję kabli do akumulatora, albo że straciłam przytomność na 5 minut i chyba mam wstrząs mózgu. Takie tam…

Dzieci szczęścia! Po dwóch deszczowych miesiącach, na czas naszego pobytu, słońce nie opuszczało wyspy. Owszem, dwa razy padało, kiedy mieliśmy do pokonania dłuższe odcinki i jechaliśmy samochem. Dwa tygodnie suchą stopą. A! Nie! Kiedy byliśmy pod Dettifoss, to lało jak z cebra – właśnie tak wygląda stanie przy największym w Europie wodospadzie. Zresztą, przy kilku innych było podobnie. A że też i słońce, to tęczy nie brakowało. Zrobiłam zapasy. Madzia znowu będzie mogła mówić, że rzygam tęczą.

Przygotowałam plan, co warto zobaczyć i wymyśliłam marszrutę. A zaraz po przylocie wszystko się zmieniło. Zamiast jednego długiego objazdu, cztery krótsze. Zrobiliśmy ok. 4 tysięcy kilometrów Mitsubishi L300. Zobaczyliśmy prawie wszystko, co zaplanowałam,  plus kilka niespodzianek. Gustaw mówi, żeby się nie martwić brakami, bo niedługo wrócimy oglądać zorzę polarną, to uzupełnimy… No może..?

Dlaczego nie przez interior? – zapytał niewtajemniczony Gustaw. No wiesz! Dzicz, przeprawy w bród, szutrowe drogi, okresowo zamykane (na 3/4 roku), brak stacji benzynowych, osad ludzkich… Mało ci? Mało. Pojechaliśmy i to było świetne doświadczenie. Czasem 10 km/h czasem 80. W połowie drogi pole namiotowe, knajpka, sanitariaty i najważniejsze: basen geotermalny. Prawie na dziko, za darmo, pod gołym niebem, wyodrębniony z potoku i całkiem głęboki. Na dobranoc i na dzień dobry. Takie znienacka baseny trafiały się jeszcze kilka razy,  a jak brakowało, to się Gustaw kąpał w gorącej rzece pod elektrownią. Trafiliśmy też kiedyś na grotę z ukropem –  po zamoczeniu dużego palucha musiał się poddać. Raz tylko płaciliśmy za kąpiel, kiedy nasz bus umarł na sprzęgło i czekaliśmy na nowe auto. Był wieczór, środek miasteczka, całkiem miła okoliczność, żeby nie marnować czasu. Gustaw wybrał jacuzzi, a ja, z braku kostiumu kąpielowego, wygrzewałam się pod prysznicem. Drugie auto, trywialna Toyota, też nas zawiodła w odpowiednim miejscu – rankiem na parkingu przy motelu. Weszłam do restauracji,  w której było nad wyraz wielu facetów (znaczy – kierowców), jedzących śniadanie. Na moje pytanie o kable, jeden z nich rzucił – no problem! i wyszli – trzech drwali z ogromnej terenowej bryki. Podjechali do naszego auta, wyjęli 5 – metrowe kable jak do czołgu i w 10 sekund było po temacie. Nie umiałam zrobić z siebie większej idiotki, więc nie poprosiłam o wspólne zdjęcie. Szkoda…

Za to prośba o zdjęcie z rybą mi wyszła! Nasz gospodarz, Władzio, wędkarz zapalony, zauważył kajakarzy z wędką, jak zbliżali się do brzegu. Postanowiliśmy poprosić o pożyczenie wędki. A potem, z mojego zdjęcia, to się przekształciło w – a może by rybę sprzedali? Ano nie sprzedali, tylko dali. Wielkiego dorsza, który zaraz usmażony, smakował bosko!

Przypadkiem, źle skręciwszy, trafiliśmy też do skansenu domków krytych darnią i torfem. Zrobiono tam klimatyczną kawiarenkę z filiżankami z Desy. Kawa i ciastko jak w Wiedniu : -)

Marzyły mi się kiedyś norweskie fiordy. Już przestały. Jak olbrzymie tankowce na oceanie, jeden przy drugim, stały przy fiordach wspaniałe górskie szczyty. Każdy inny. Tak jak i fiordy, a widzieliśmy i te wschodnie i zachodnie. I lodową lagunę na południu. Trzymałam w rękach kawałek lodowca, co właśnie miał wypłynąć na ocean. I podeszliśmy do tego lodowca na ile tylko się dało, a zimno rosło z każdym metrem. Spacer zaczęliśmy w krótkich rękawach, by po 45 minutach założyć polary, ciepłe kurtki, kaptury i schować ręce do kieszeni. Obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne, bo słońce niemiłosiernie prażyło.

Wiatr wieje stale. Czasem na chwilę odpuszcza, a jeśli akurat świeci słońce, to jest naprawdę gorąco. Ale to chwila. Tubylcy chodzą w krótkich spodenkach, klapkach. My wolimy polar i długie spodnie. I górskie buty. Przez te buty… Sznurówki prawego buta zwąchały się z haczykiem lewego. A że znienacka, to lecę łukiem a asfalt wymierza mi cios w policzek. Całkiem świadoma jestem tego, że 1)coś złamałam, 2)mam wstrząs mózgu, 3)zaraz wyleje mi się oko. Tymczasem wstałam o własnych siłach, z okrzykiem – Hermiono! na ustach pobiegł do mnie Gustaw i wziął w ramiona. Zawisłam, zdałam relację, że na prawe oko widzę, na lewym mam mroczki… I odpłynęłam na 5 minut. Potem było dzwonienie do ubezpieczeń, wzywanie karetki, badania, zeznania i obserwacje. Na szczęście na wolności! Niewątpliwie mam tendencje do samozagłady. Nic mi się jednak nie stało, jak pijakowi na drodze, co się nim Pan Bóg osobiście opiekuje.

Islandia jest piękna. Kilka miast nieco większych, sporo całkiem malutkich (Asbyrgi – duża kropka na mapie, a na miejscu budynek stacji benzynowej, mieszczący w sobie bar, sklep i pocztę. Całe miasto), zamiast wiosek – farmy. Nadspodziewanie dużo kościołów w środku niczego. Albo przy jednym domostwie. I całe mnóstwo wyspy wulkanicznej. Każdego dnia mieliśmy inny krajobraz, inne góry, inny kolor morza czy oceanu. Zostaną mi w głowie kopczyki gejzerów, syczące i buchające parą jakby były wkurwione, wodospad Dynjandi,  u podnóża mający 60 metrów szerokości, zmieniający się w maleńką, dwumetrową rzeczkę. Albo kilkukilometrowe rozlewiska rzek, wypływających z największego lodowca, Vatnajökull. No i puffiny z Latrabjarg – urocze ptaszki o wyglądzie miniaturowych tukanów, które bywają na talerzach tubylców. Przyjezdni nie mogą… Są zbyt śliczne, żeby je jeść. 

Pytano mnie przy wyjeździe, kiedy wracam. Hmm, głupio tak mówić, że nigdy, że już się napasłam widokami, ale tak właśnie myślę. Że zobaczyłam dość. Może zorza polarna? I te kilka braków z kartki? Może. Świat jest taki ciekawy,  a ja widziałam tylko skrawek.

Nadejszła wiekopomna chwila

Może to być podróż życia. Mam jednak nadzieję, że doczekam Nowej Zelandii, Litefko… Tymczasem pakuję rukzak, minimalizuję kosmetyczkę, nie biorę ani jednej sukienki, za to mam czapkę, szalik i rękawice. Ciepłą kurtkę i górskie buty. W lipcu 15 stopni to może być maksimum. Plus wiatry i deszcz znienacka. Od oceanu wieje, wieloryby, renifery  i maskonury okrążają; gejzery, lodowce i wulkany… Islandia!

Tak z biegu wyszło… Gustaw usiadł koło kogo trzeba w samolocie na Kanary, ja dostałam nagrodę za wierną służbę a reszta spadła mi z nieba (grad, mikrowgnioty, ubezpieczenie, Gustaw i jego wiedza ogólna ;-). Potem wystarczyło drążyć temat i za dwa dni lecimy. Żeby to się dało zapamiętać nazwy miejscowości, do których chcemy zajrzeć! Od miesiąca siedzę w przewodnikach i łamię język. Dwa tygodnie to dość, by objechać wyspę i napaść oczy. I wymoczyć dupę. Jak my to zrobimy bez alkoholu, to ja nie wiem… Trudno, dwóch nagród nie dostałam. Nadrobimy po powrocie.

Czy ja zjem wieloryba? Pytanie!

Jak mi wstyd

że się wypięłam, obraziłam, nie poszłam. Dwa razy. A od czasu uzyskania pełnoletności chodziłam na każde wybory. Miałam szczęście, bo były to te ważne, szczęśliwe, demokratyczne. Były. Bo teraz, to kurwa mać, znowu mogą nie być.

Psychologia nazywa to projekcją: to my zabiliśmy jego brata, a nie on… Kain zhańbił nam kraj, doprowadził na skraj wojny domowej. Dopiero  niedawno zrozumiałam to, co powtarzają mądrzy ludzie – demokracji trzeba pilnować cały czas, nic nie jest dane na zawsze. Kaczyński, Ziobro, dwaj chorzy homoseksualiści, zakłamani w swej udręce. A wystarczyłoby przyjąć to, co los im dał i po prostu kochać. Faceci też są fajni : – )) 

Dobra, trywializuję, zapewne mieli też kilka innych powodów, by stać się złymi ludźmi. Niemniej, całkiem spore państwo osuwa się na skraj cywilizacji przez szaleństwo jednego człowieka. Neron podpalił tylko Rzym…

Fruu

Tyle miałam ostatnio pracy, że nawet bieżąca korespondencja ucierpiała. Blog wręcz usycha. A szkoda by było, fajny jest. Był. Będzie? 

Tytuł jest raczej życzeniowy, bo Przyciężki nie wyleciał. Choć powinien. Ale wszystko przed nim.

No więc z Przyciężkim to jest tak, że po obaleniu ze stołka ucierpiał jego mózg. Dokumentnie i ze szkodą dla otoczenia (jasne, nigdy nie był dobrej jakości, ale nie można mu było odmówić miligrama sprytu). Instynkt samozachowawczy znikł. Dureń zaczął kąsać ze zdwojoną siłą, na prawo i lewo, opowiadać wszystkim wokół, jak to został skrzywdzony (u fryzjera, szewca i krawca również). Pół miasta miało używanie powtarzając sobie te gorzkie żale ;-) W magistracie strzeliły korki szampana a załoga kombinatu chodziła jak oczadziała ze szczęścia. Naraz okazało się, że NIKT go nie lubił, NIGDY NIC od niego nie uzyskał, nie wchodził do dupy i w ogóle to super się stało, że taki cham i prostak odchodzi. Khm… Jakbym nie pamiętała… Największe włazidupy zaczęły nagle być dla mnie miłe, mieć wspólne tematy, a nawet opowiadać, jak im było do tej pory źle. Oj!

Ponieważ nie doświadczyłam z ich strony niczego złego – przynajmniej o tym nie wiem – wysłuchuję i robię swoje. Każdy ma swoje sumienie do wyprania.

Przyciężki zaś zabłysnął na sam koniec. Zwyczajowo dajemy odchodzącym pracownikom prezent. Składamy się dość symbolicznie, pytamy dyskretnie o oczekiwania, w ostateczności dajemy kopertę. Pobieżny rachunek daje kilka setek. Na upartego mogliśmy go olać – w końcu to tylko przeszeregowanie, nigdzie nie odchodzi. Należałam do sporej grupy, która nie dała tej symbolicznej kwoty. Za dużo życia mi zniszczył. Od grupy inicjatywnej (związki) dowiedziałam się, jak to wyglądało: wkroczył dziarsko w temat, zażądał informacji, kto będzie mu składał podziękowania, podyktował, za co mają mu dziękować, zażyczył sobie złote pióro. Kiedy te biedaki próbowały mu dać do zrozumienia, że to trudne tematy [bo są trudne tematy, ja wiem, że tematy są trudne, ha, ha], to się wściekł i zażądał listy składowej do wglądu. I żaden bon nawet porządnego sklepu go nie interesuje! Łapanka do komitetu pożegnalnego trwała dwa tygodnie. Jego kółko różańcowe wypięło się pierwsze. Stanęło na zwiazkowcu i takiej naiwnej. Kupili na odpieprz biały (ten kolor ostatnio zmienił wymowę) storczyk i dali cieniuśką kopertę. Kartka z życzeniami była podpisana jakoś tak nie przez wszystkich. Podziękowania naiwna wygłosiła według mojego zalecenia – jedno suche zdanie plus życzenia na przyszłość. Też krótkie. Spierdalaj byłoby najlepsze, ale przecież jesteśmy kulturalni, nie to, co on. A już brawa na koniec – poezja! Rachityczne to za dużo powiedziane :-) Potem jeszcze mały akord na koniec – pożegnalna kolacja. Po lewej siedział wice (ogólnie lubiany) a po prawej ziała dziura. Na wprost również. Jakby zadżumiony?

Nadal się odgraża, że będzie torpedował nowego szefa. Co trzeba mieć w głowie, żeby tak mówić? Czekamy zatem na jakąś piękną katastrofę.

[Zakończyłam notkę a licznik pokazał 444 słowa. Adamie, co Ty na to? Będzie jakiś dobry finał?]

Ze stodoły

Zebraliśmy się pewnej soboty i pojechali na łów. Bo mi się zamarzyło mieć w końcu rower. Nigdy w życiu nie miałam. To znaczy raz miałam. Tak jakby rower. Bo jak sekretarka w kombinacie wiejskim usłyszała, że nigdy, to się za głowę złapała, że taka jestem biedna, ułomna i pozbawiona. I ta złota kobieta w kwadrans znalazła, wydrukowała, zalaminowała i dostałam swój pierwszy rower – na obrazku. Śliczny taki, niebieski z koszykiem. Jeszcze gdzieś go mam… Więc teraz, po zakupie, zrobiłam zdjęcie i jej pierwszej wysłałam. Ucieszyła się, choć musiała dodać, że ten jej był ładniejszy. Był.

Ale za to mój… Znalazł Gustaw komis rowerowy. Niedaleko. W stodole w sąsiedniej miejscowości. Kilkanaście rowerów różnego autoramentu z ceną na bagażniku. Pojechał na rekonesans, ale wybór był spory i wolał to zostawić mnie. Skończyło się na tym, że spośród kilku, które mi się spodobały i którymi sobie pojeździłam po podwórku, kazałam mu wybrać najlepszy. Bo akurat na tym się nie znam. Rzadkość ;-) Gustaw też się nie zna (jeszcze większa rzadkość ;-). Pincet bez plusa i wróciliśmy do domu. W drodze myślał Gustaw intensywnie, co to za mechanizm przy kierownicy, bo ten drugi rozgryzł na miejscu, przy babci sprzedającej. Bo nie było zmieniacza przerzutek… No i mam – automat plus wspomaganie kierownicy. W rowerze! Za pincet! W auteczku nie mam automatycznej skrzyni ani wspomagania. A tu – proszę. Trzeba było tylko wymienić baterie przy tym automacie, doprecyzować dynamo i przetrzeć z kurzu koszyk. A jak się pięknie jeździ! Cyk i przerzutka wskakuje, nawet myśleć o tym nie muszę! Wspomagania kierownicy na razie nie czuję, ale ja w ogóle jestem dumna z siebie, że umiem jeździć! Karty rowerowej nigdy nie zdawałam, a i tak umiem. Wiatr we włosach, piwo po skończonej jeździe, sielanka.

Nawał (osoby wrażliwe językowo uprasza się o zamknięcie oczu)

Głównie roboty. Zwaliła mi się na głowę inwentaryzacja duża, raporty globalne, przekształcenia ogromne. Plusem jest Nowa (z wyglądu – przeciwieństwo Tuni: młoda, pulchna, apetyczna, są amatorzy takich kobiet, głównie w starszym pokoleniu).  Łapie szybko, przejmuje ode mnie część spraw, które przy Tuni musiałam sama. Bywa zbyt samodzielna, ale po jednej wpadce się uspokoiła. Nie to, co Przyciężki. Zamiast schować gębę do szuflady, to jątrzy i knuje. Ale też nikt się chyba nie spodziewał po nim klasy i honoru. Jednym z pierwszych haseł, jakie wygłosił, było: no to teraz się dopiero przekonamy, komu słoma z butów wyłazi!  I pokazuje…

Prywatnie bez zmian: sielanka z Gustawem, zgrzyty z Józefem. Na szczęście mam wokół przyjaciół, którzy mówią jedno – młody ma dostać wpierdol, żeby wyszedł na ludzi. Chodzi do pedalskiej szkoły i życia nie poznał. Dom ma go tak wkurzać, żeby z niego uciekał do kumpli, którzy mu potwierdzą, że stara jest guuuupia a jej gach jeszcze bardziej. Jak każdy normalny 17 – latek. I do roboty ma iść w wakacje! Na budowę, gdzie lecą kurwy i chuje i gdzie piją piwo od rana. Inaczej moja przyszła synowa mnie przeklnie, bo to będzie oczywiście moja wina, że synuś jest trudny w pożyciu.

No i, jak zwykle, albo jest flauta albo nawał. Wczoraj: rano koleżanka zaprasza mnie na urodziny w środę. W środę jestem już umówiona z grupą koleżanek branżowych. Po południu dzwoni przyjaciółka ze studiów, żeby jednak się spotkać raz na dekadę. Ustaliłyśmy bezpieczny termin za miesiąc. Kończę rozmowę i wpada Bunia, żebym potwierdziła, czy będę na zjeździe kuzynów, bo trzeba wpłacić zaliczkę na żarcie. Kiedy spotkanie? Za miesiąc, w dniu właśnie TYM. Muszę przełożyć koleżanki. Wieczorem na pogaduchy zaprasza mnie Iga, z którą nie możemy się spotkać od czasu, gdy miałam krótkie włosy. A zapowiedział się Gustaw, w drodze powrotnej ze świętego miasta (acz nie z pielgrzymki). Gustawa rozsądnie przerzuciłam na weekend. Jeden dzień, trzy strzały w środek tarczy. A prócz tego czeka nas zorganizowanie grupowych kajaków, strzelnicy i wakacji w miejscu, które wszyscy naraz odkryli. Na razie zmilczę, żeby nie zapeszyć. Gustaw przeciera szlak u pewnego pijaka, poznanego w samolocie na Fuerteventurę.

Młody zaś, z rozkwitem kataru i bólu gardła, wyjeżdża na Litwę. A marudził od początku: po co tam jechać? Co tam jest ciekawego? Tyle godzin autokarem! Pewnie! Lepiej przeleżeć w barłogu. Kurczę, nigdy tam nie byłam i chętnie bym się wybrała! Może w środę?

OMG

Nie rozumiem,  dlaczego ludzie używają /nadużywają imienia…? Tacy są egzaltowani? Nielimitowane połączenia mają?

U mnie to co innego. Osobista Matka Gustawa. Archetyp matki. Nie tylko wkurzająca ale i dowcipna. Potrafi wkręcić sąsiadkę w ‚nowe’  odmiany kwiatów, które nie wymagają podlewania (chińskie takie, śliczne jak żywe). Po kolędowych peregrynacjach księdza, kiedy to kumy marudziły, że tak krótko zabawił, zastrzeliła je informacją, że u niej był godzinę! Jakżeś to uczyniła, OMG? –  zapytały. Zamek w drzwiach wejściowych się zaciął i trochę to trwało. Ministrant przez okno wyskakiwał, pomoc wzywał, zeszło tego z godzinę…  Surowo jest chowana przez Gustawa: – Hermiona będzie? – Nie powiem Ci, bo za dużo byś wiedziała. Ale ciasto upiecz!

Ze spraw przydomowych, to RPA-ńczyk (nasz był, to go sobie możemy nazywać, jak chcemy) był i pojechał. Nie zawirował domu jakoś specjalnie, organizatorzy wyciskali z nich siódme poty i kilka razy szedł spać ok. 20-tej. Ta dzisiejsza młodzież! Józek wykazał się, jak trzeba. Parę razy skonstatowałam, że jednak wie, umie, rozumie i stosuje nauki, które uważałam za groch o ścianę… Przydatna wizyta. Oprócz trudnych do żucia słodyczy afrykańskich, dostaliśmy dizajnerskie kieliszki do jajek. W drogę powrotną zabrał młodzian porcelanę z Franzem Josephem i Sissi. I krówki ciągutki : -)

Ze spraw kombinatowych, to Przyciężkiego wywalili ze stołka. Tuż przed świętami, dokładnie jak Misiewicza. Robotę ma, tylko niżej. Jak wróci po świętach, to go będzie połowa, a rodzina przeżyje armagedon. Zatrzymają się na Wielkim Piątku i długo nie zmartwychwstaną. Już ja go znam…  Nowe szefostwo? Nie wiem. Trzeba się będzie na nowo dopasowywać, bywać zaskoczonym mile i niemile. Nie jest to wszakże organ władzy bezczelnie nam panującej, więc może nie będzie to ‚dobra zmiana’. Tfu!

Kto to czuje, to życzę radosnych Świąt Wielkanocnych, dla reszty dobrych relacji rodzinnych!easter1

11 liczba mistrzowska

I w tę oto piękną rocznicę istnienia bloga wpisuje się zdarzenie, którego nadejście zawsze podejrzewałam. Obawiałam się. Nieco martwiłam na zapas. Mogło przyjść wcześniej, kilka lat temu, kiedy Ikona, może Beznaiwna albo Latkaa, na pewno nie Jacek, przy okazji spotkania w  realu z Józkiem, chlapnęły coś o życiu blogowym, o początkach znajomości… Pewnie wtedy usłyszał pierwszy raz. Zastrzygł uszami i schował w którejś szufladce pamięci. Bo potem czytał Kaczkę. Jakże nie czytać, kiedy to wyśmienite? I pewnie via Kaczka, pamiętając, że słyszało mu się nieraz o Hermionie, dziabnął w link. Ten właśnie. I wywrzeszczał, że z obcymi o jego sprawach. I że się nie przyznawałam, kiedy wyhaczał pytaniami o temat…

OK, nie było tak źle. Rozumie, (pewnie nawet łechce nieco próżność ;) nie zamierza się czepiać (łaskawca, to MÓJ blog!). Wyjaśniło się, dlaczego od jakiegoś czasu szafuje słowem ‚oszukujesz’. Oj tam, zaraz ‚oszukuję’. Mówić nie chciałam i tyle. 

11! Kawał czasu!

17 masz lat, nic nie szkodzi ; – )

Jak byłeś głupi, tak jesteś…

Józek potrzebuje twardej ręki. Bywam twarda, ale żeby stale, to już nie. Jego wychowawczyni, moja znajoma, potwierdza – ciężka z nim dyskusja: uparty i wszystko wie najlepiej. Właśnie, po miesiącach dyskusji, jak się okazuje, bezowocnych, zrezygnował z rozszerzonego języka obcego. Nie będę krakać, ale mnie w ogólniaku koleżanka rzekła: odżegnywanego chleba największy kęs. Kasandra jedna! Od pewnego czasu Młody sam dokonuje wyborów… A że skończył 17 lat, to niech spija tę śmietankę… A propos wyborów: nie podał życzenia urodzinowego, więc sama zdecydowałam – duuuuża walizka (khm) i dziecięcy tort (bo to ostatnie takie urodziny).

Screenshot_2017-03-08-12-00-54-1

Teraz jeszcze doholować w zdrowiu psychicznym do matury. Tia…

A z zadań bieżących, to czeka mnie wizyta. RPA nas odwiedzi na blisko 2 tygodnie. Młodzież męska, typ sportowy, elitarny, niemieckojęzyczny. Cóż,  witamy w naszych skromnych progach… To się chłopię zdziwi : -) Sam ma willę niedaleko oceanu. Ależ jestem ciekawa, jak to się wszystko rozegra. Józef, typ samotniczy, arozrywkowy i moje poczucie obowiązku, przy słabej znajomości języka (mojej, oczywiście). Na razie trwają działania logistyczne, żeby gość czuł się swobodnie. A jeśli pije?! Albo ćpa?! Albo chodzi do kościoła? ; – )

Gdyby któraś czekała na życzenia okolicznościowe, to nie tutaj. Ale w ramach ‚święta’  mogę pójść pod  precyzyjnie określony adres na Żoliborzu i pomóc spakować tej małej gnidzie walizkę emigracyjną. Na zawsze. Nawet oddam tę Józkową.