7

À rebours

thumb_IMG_2009_1024-12016 upłynął mi radośnie. Kompletnie bez analogii ze światem zewnętrznym, który był raczej do dupy. Ludzie wokół mnie przeważnie pomstowali, spluwali i życzyli sobie, żeby już poszedł precz! Ja tymczasem sporo jeździłam, zwiedzałam, poznawałam nowych ludzi, jadłam pyszne dania, piłam więcej wódki niż na studiach, udzielałam się wśród przyjaciół… No i Gustaw! Trafił mi się : ) 

I oto nastał koniec roku. Jakże by go uczcić? Paryż? Kiepskie terminy. Knajpa? Domówka? Nie zebraliśmy ekipy. Koncert pod chmurką? Zimno, a ja nie umiem się zamknąć i przez to gadanie/śpiewanie zawsze rozwalam gardło. Stanęło na romantycznym wieczorze we dwoje. Zrobimy sobie pyszne jadło, będziemy pić ile tylko chcemy, obejrzymy „9 i pół tygodnia”, napalimy w piecu do 90 stopni, założę tę nową bieliznę, szlafroczek i pantofle z puszkiem, świece, satyna… Świetny plan. 

Gustaw obudził się z  bólem głowy. Trochę chemii później był już na tyle zdrowy, że zaczął przebąkiwać o wyjeździe na koncert. Postawiłam veto i powrócił spokój: Gustaw ustawił tryb: dom – praca. Zajął się oskórowaniem danielli. Samica daniela to jak się nazywa? Nieważne. Nie chciałam tego oglądać, każde zamknięcie oczu kończyłoby się reminiscencjami rzeźniczymi. Poszłam na spacer. Nie cierpię spacerów, więc oczywiście poszłam do sklepu. Nakupiłam chipsów jak głupia (w zasadzie nie jadam, raz na ruski rok lubię się upodlić…) i bardzo powoli wróciłam. Odwracając wzrok od tarasu. Gdzie rozpięta daniella prezentowała wszystkie mięśnie i flaki. Które wylądowały w końcu (w końcu!) w misce i zamrażalniku.

A może byśmy pojechali na obiad? Gustawa wyraźnie nosiło. Nigdy nie odmawiam dobrego jedzenia, a tutaj mają dobrą restaurację. Dorsz na grillowanych warzywach  z rukolą i granatem oraz wątróbka z musem malinowym. Mrrrr. Zaraz potem zadzwoniła matka osobista G. Bo zrobiła bigos, ma jeszcze rybę w galarecie, makówki i ciastka oczywiście. Czyli wieczór kucharzenia poszedł się paść, odwaliła za nas całą robotę. Zebraliśmy łupy, złożyli życzenia i udali się świętować. Była godzina 18… Gdzie tam do północy… Ileż można jeść chipsy, kiedy G. ich nie tyka… Film się zestarzał,  choć aktorzy tacy młodzi… Nuda, panie! To był długi wieczór… Krótki telefon do przyjaciela poprawił nam nieco humor – przyjaciel trafił jeszcze gorzej, bo wylądował u fatra: ). Ale nadal była tylko 22. Gustaw, człowiek czynu, postanowił przygotować haubice, wróć! moździerz do wystrzałów. Poukładał naboje kolorami, sprawdził wloty i wyloty… Przygotował fajerwerki, a niestety nie było ich wiele… Jeść już nie mogliśmy… Sama nie wiem, jak udało się nam dorwać do 23.45, kiedy to postanowiliśmy odpalić chińszczyznę. Głośno było. Jakieś 2 minuty, bo robił przerwy… I wtedy nagle czas stał się łaskawy – przygotowania do toastu, zakładanie kurtek, telefony w dłoń; ruszyliśmy na balkon oglądać pokazy. 3/4 widnokręgu jak na dłoni, okolica bogata, sąsiedzi hojni,  było co podziwiać! Rozochoceni wróciliśmy do środka i zaczęliśmy się świetnie bawić. Fajny ten Nowy Rok! Czego i Wam życzę!

Timing

Dwa lata temu, z dość starą już cioteczką, nestorką rodu, umówiłam się na nauki kuchenne. Chodziło o jeden tylko przepis: rodzinna zupa rybna. Zupa, do której trzeba dojrzeć, żeby zaczęła smakować.  Pierwsze wigilie życia upływają naszym milusińskim na stresie: jak tu dotrwać do prezentów i nie zarobić szlabanu przez tę fujską brązową breję. Wraz z siostrą zaczęłyśmy dość szybko doceniać jej urok. Są jednak tacy (patrz: Józef), którym jedna łyżka na rok (no spróbuj chociaż! jedna łyżka! tyle cię nie zabije!)  to i tak za dużo. 

Cioteczka wybrała największy garnek do gotowania, bo amatorów zupy nigdy nie brakuje. Wypisała mi składniki, pokazała kolejność, wspólnie mieszałyśmy w garze, ale i tak na końcowe dosmaczanie zaprosiła mamę, najmłodszą z sióstr. W zeszłym roku cioteczkę dopadła już demencja i sama musiałam sprostać zadaniu. Oczywiście, na końcowe dosmaczanie zaprosiłam mamę. Zaczęła od łyżki soli ;-)  

W tym roku cioteczka będzie się nam przyglądać z góry. Zapewne dosmaczy mama, ale za kilka lat będę już samodzielna. Cały rok czekam na ten moment – z fujskiego wywaru z karpiowych głów, po dodaniu mnóstwa bakalii, śliwek, piernika, piwa i wina, zasmażki i soli, wychodzi cudowna, niepowtarzalna zupa. Każdego roku nieco inna, bardziej lub mniej drapiąca w gardło, słodsza lub kwaśniejsza, zawsze brunatna i gęsta, bez kawałka ryby : – ) 

Długo zwlekałam, kusiłam los – rodzina długowieczna, a tu cioteczkę powołano nagle w 85 roku życia! Na szczęście zdążyłam! Nie przegapcie mądrości swoich cioteczek! 

Radości nie tylko na Święta! Szczęścia na cały kolejny rok, wygląda na to, że bardzo nam się przyda… 

Kochany pamiętniczku!

Siedzimy sobie i gadamy w małym gronie. Głównie o pracy, trochę o głupotach. Zeszło na radio. Gustaw miał takie oto zdarzenie: słucha czasem radia Maryja, bo trzeba wiedzieć, co jest. I tak jakoś po pewnym czasie się zorientował, że to nie radio Maryja, tylko lokalne. Żadnej różnicy. Dokłada się Iga: moja mama słucha zawsze jedynki. A tam wieczorem radio watykańskie. Codziennie! Nie mogłam dołożyć swego, bo coraz rzadziej trójka u mnie gości. Ale już kilka razy się żachnęłam (a ja się umiem pięknie żachnąć!) na teksty. I na Lisickiego. Na przykład dziś rano: zaprosił Jarosława. Oczywiście, Jarosław został zapewne poproszony o udzielenie wywiadu w dogodnej dla niego wieczornej porze, bo rano, to przecież on nie wstanie… Co się zresztą pięknie układa w całość, bo wspominał stan wojenny. Cóż też on może wspominać? Spał! Ale za to przedstawił plany ucywilizowania opozycji – za przykładem krajów zachodnich (! - czyli jednak bywa tam coś ciekawego, do skopiowania ) należy ją zinstytucjonalizować. Ot, co! Już się nie mogę doczekać przepisów wykonawczych; zapewne kolejny cymesik niezgodny z konstytucją i standardami cywilizacyjnymi. Koniec z polityką na dziś.

Dostał kiedyś Gustaw mail zatytułowany: Czas na prezenty. Spojrzał na treść, a tam reklama gadżetów firmowych. Odpisał natychmiast, że jest mi głęboko wdzięczny, że dbam, pamiętam i że całkiem niedrogo, bo spodziewał się diamentów i norek. (I że mnie uwielbia - co przez skromność chciałam tutaj pominąć, ale gra rolę i się pominąć nie da). I oddał się pracy, w tym rozmowom telefonicznym. W trakcie rozmów zauważył, że ktoś się do niego dobija. Oddzwonił. Miła pani poinformowała, że dzwoni z firmy od gadżetów, bo mają problem – w firmie pracują dwie Hermiony i ona nie wie, której przekazać taki miły mail… Zrobiła się z tego kulturalna pogawędka, z której jednak nic nie wynikło – Gustaw pozostał mi wierny, gadżetów nie zakupił, przekazał jednak ukłony dla obu Hermion i rozmówczyni. A do was dzwonią z listy mailingowej?

To niesprawiedliwe!

Hermiono miła, wybierz sobie prezent, a najlepiej kup, rzekł Gustaw. Kolejny, dodajmy, bo koncert był tym pierwszym. W prezentach dla siebie jestem mistrzynią, więc to była chwila. Nazajutrz zameldowałam, że już jest. A kiedy nastąpi okazanie? Jak tylko przyjedziesz, odparłam. I powinnam była się tego trzymać, kurka wodna! A zechciał Gustaw mieć fantazję wpaść na Andrzejki, wcześniej niż byliśmy umówieni. Super! Tylko nie było Andrzejek, głowa napier.. jak jasny gwint, wieczór spełzł. Różowe pudełko pozostało nienaruszone. Okazanie, wedle wszelkich znaków, nastąpi JUTRO. A wiecie, co jest DZIŚ tematem nr jeden we wszystkich ważnych mediach i portalach? Pokaz Victoria’s Secret! I pierdylion zdjęć najzgrabniejszych dupeczek na świecie. Szlag by to trafił…

Jezus Maria

Nie będę się wypowiadała o intronizacji. Nie znam się. Może jedna uwaga – na pierwszy rzut oka wydaje się to kompletną głupotą, ale może oni mają rację? Jeśli Jezus jest w stanie zadbać o nas, załatwić nam mądrość, uczciwość, dobroć… Niech!

Zbiegło się to z informacją, jaką dostałam od koleżanki z pracy:  pani Hermiono, pani tylko to powiem, bo przecież byłyśmy bodaj jedyne, które protestowały na czarno… Przychodzę ostatnio do pracy nieco wcześniej, a tu cała gromada w socjalnym. A co to za okazja? Jakieś zebranie, o którym nie doczytałam? Lekka konfuzja, w końcu jedna mówi: a bo my się zawsze rano zbieramy na wspólną modlitwę. O dobro kombinatu się modlimy. Jeśli ma pani ochotę, to zapraszamy. O nie, mnie do tego nie mieszajcie! Pani Hermiono, ich było z osiem! Jak znam Przyciężkiego, to o wszystkim wie i nawet popiera.

Tu się musiałam z Ziutą zgodzić. Moja nowa młoda współpracownica mówiła mi, że na rozmowie o pracę Przyciężki gros czasu poświęcił na wypytywanie o jej wolontariat – była głównym archaniołem zlotu młodzieży w Hermionowie…. Poza tym normalna. Przyciężki szuka poparcia na kolejne wybory, więc modlitwy i wizyty czarnych braci są czymś normalnym. W świeckim kombinacie… Te rozmodlone to noszą na co dzień w torebkach swoje ukochane wydania Biblii – im cięższe,  tym lepiej. Pewna nowozatrudniona stwierdziła, że to Duch Święty ją tutaj pokierował… A mnie akurat siostra :)

A to jednak Peszek jest moim tytułem : ) Byliśmy na jej koncercie klubowym. Baaardzo mi się podobało. Gustawowi również, zresztą był inicjatorem, sponsorem i organizatorem wypadu. A już całkiem dodatkowo podobały nam się okoliczności – wzięliśmy miejsca na balkonie, wersja VIP. Ale fajnie!  Super widok, kanapy, stolik pełen łakoci (po piwo latał sponsor ;) i żadnych tłumów. No i repertuar całkiem nie pod miłościwie nam panujących. Lekki wentyl do wykrzyczenia, co mi leży na wątrobie. Polecam.

Co do reszty życia – brak wiadomości to dobre wiadomości i niech tak zostanie!

Czarno przed oczami albo bielmo na oczach

Zajrzałam do swojej biblioteczki – jest! „Reflektorem w mrok”. Kupiona w antykwariacie w 1991 roku za 12000 zł. Koszmarnie wydana przez PIW w 1984 na papierze z makulatury, klejona… Ale jest i da się czytać. Publicystyka z lat 30-tych ubiegłego wieku.

Nigdy nie miałam wątpliwości, że jeśli tylko będę uważała to za konieczne, aborcja jest w zasięgu mojej macicy. Jakkolwiek. Nielegalnie, za granicą, obojętnie. Nic by mnie nie zatrzymało. Teraz,  w zasadzie,  temat staje się nieaktualny… Ale mam bliskich, przyjaciół, znajomych. Oni mogą stanąć przed ścianą. I choćby dla nich idę protestować. Celowo nie używam rodzajnika żeńskiego – problem dotyczy wszystkich, nie tylko kobiet. 

Żaden chuj w czarnej sukience, ani żaden gnój w szarym garniturze, nie będzie decydował o życiu, zdrowiu i dobrostanie milionów ludzi, bo sobie ubzdurał, że usłyszał głos z nieba.

Uber alles

O ile wyjazd do zimowej stolicy przebiegał pod hasłem „kelnerki”, o tyle nad stolicą reszty roku patronat objęła formacja taksówkarska. Może to firma? Nie wdaję się w szczegóły; gdzieniegdzie działają legalnie.

Zostaliśmy zaproszeni na wesele. W zasadzie Gustaw z osobą towarzysząca. Załapałam się! Do tego stolica! Nakupiłam sukien i mogliśmy pojechać. Udało się wyrwać jeszcze dwa dni na spotkania z krewnymi i znajomymi królika, plus wiewiórki w Łazienkach. Gustawowi wszystkie stworzenia jedzą z ręki, więc te rude nie miały szans na opór. A Jacek? Jacek po staremu:-)

Warszawa duża jest, noclegi, kościół i dom weselny rozstrzelone na spore odległości. No i nasze zwiedzanie. Wzięłam ubera, bo mi Gustaw wysłał jakiś darmowy przejazd dla nowego użytkownika. Pan Darek przyjechał szybciutko, potwierdził moje zamówienie, że chcemy do Wilanowa i ruszył. Kiedy mijaliśmy wejście do parku okazało się, że wstukałam nazwę dzielnicy i że kurs kończyć sie powinien gdzieś w pieronowicach wilanowskich. I że musimy tam dojechać, żeby poprawnie ten kurs zakończyć. Gdyż pan kierowca odbywa właśnie swój pierwszy w życiu kurs w tej firmie i wszystko musi zrobić jak należy. Wyraziliśmy zrozumienie, poinformowałam o swojej premierze uberowej, po czym uzgodniliśmy, że jak tylko osiągniemy finisz, to pan Darek, w drodze powrotnej, podrzuci nas prywatnie pod pałac. Jak miło!

Zaś w drodze do kościoła, z panem Zbyszkiem, Gustaw miał do pogadania o samochodzie, bo trafiła nam się nówka tygodniowa hybryda. I gadaliby sobie panowie do woli, gdyby nie ulica Kosmatki. Tak! Kosmatki! Kto by chciał mieć taki adres!? Kiedy już skończyłam się śmiać, to Gustaw stwierdził, że z przyjemnością mieszkałby na Kosmatki. Facet!

A znów w drodze powrotnej z wesela, nieco zbyt trzeźwi (za dużo jedzenia, tańca, śmiechu i świeżego powietrza), trafiliśmy na pana, który w tej dzielnicy nie był od dziesięciu lat. A Gustaw miał akurat kartki do wysłania i potrzebował poczty, ewentualnie skrzynki pocztowej o czwartej rano (!). Ledwie skończył artykułować życzenie, kiedy pan Arek zawołał: tam widzę skrzynkę! Zatrzymać się? I tym sposobem rodzina dostała pozdrowienia ze stolicy.

Żeby odpocząć po weselu, pojechaliśmy nad zalew popływać kajakiem. Tyle tylko, że wybraliśmy się w ciemno, bez rezerwacji. No i bez pogody, bo wyjeżdżalismy w pełnym upale, a dotarliśmy w strugach deszczu. Do ośrodka caritasu. Wokół nic, tylko las. Znaleźliśmy kogoś z okolic recepcji i pytamy o nocleg. Znajdzie się jeden pokój na jedną noc. Nie wiem, jakie panują między państwem układy, ale może być podwójne łóżko, szanowna pani? Pamiętając, gdzie jesteśmy , skromnie spuściłam oczęta i wyszeptałam, że owszem… Sto złotych za pokój ze śniadaniem. Ufff. A może jakiś posiłek byśmy dostali? Pani Jadziuuu! Będzie pani miała dwa obiady? Tak, ale za kwadrans! Obiad dwie dyszki. Ufff. No i był kompot! Nazajutrz po śniadaniu Gustaw przyszedł do pokoju ze smutną miną: miało być tanio, a pięć dych zgubiłem! Chyba wiem, gdzie szukać, bo z korytarza wszystko słychać. Poszliśmy do pani Jadzi, którą podsłyszałam, jak przyszła z jakimś znaleziskiem do księdza. Tak, pani Jadzia znalazła. Poszła z nami do księdza i zarządziła: ksiądz odda temu panu 50 złotych! Oddał!

Wygnała nas szpetna pogoda wcześniej do Wrocławia. Tym razem było nie magicznie, a wodniacko. Kajakiem po Odrze. No i śluzowanie, ma się rozumieć! Czy ja wspominałam, że moją książką ulubioną, wiecznie czytaną, jest „Trzech panów w łódce (nie liczac psa)”? Ano tak! A śluzowanie w górę i w dół bardzo jest emocjonujące. Trzeba znać numer telefonu do pani, ładnie poprosić, odpowiednio ustawić do poboru opłaty przy drabince (4,08 zł, po godz.16 stawka podwójna) uiścić się do koszyczka na drągu, pomachać drugiej pani od wrót i już można płynąć dalej. Fakt, początek wycieczki byłam nadąsana, bo kto to widział kazać mi założyć nietwarzową, pogrubiającą kamizelkę, wsadzać mnie do fujskiego kajaka, gdzie jest nieco wody na dnie, mało miejsca na torebkę i strasznie chlapie z wioseł. No i że dostałam w ogóle jakieś wiosła! Hmmm. Jednak z biegiem rzeki… i ta śluza, i mosty, statki, widoki… Przeszło mi:-)

Sentymenty

Tunia, moja trudna współpracownica, poszła sobie na emeryturę. Znienacka, choć stara jest jak sekwoja. Przyzwyczaiłam się do jej obecności, minusów, wariacji i kolorytu. Ale też do serdeczności, pracowitości i kultury. I nawet mi żal, że poszła. Dostanę kogoś nowego. Niespodzianka.

Czternaście wspólnych lat, a nigdy nie odwiedziłyśmy się prywatnie. Aż do teraz. Tunia przyszła pierwsza, potem ja odwiedziłam ją. Zawsze mówiła, że ma stary dom. Wyobrażałam sobie ruinę ;) tymczasem mieszka w pięknym, parterowym domu z wielkim strychem, urządzonym lekko staroświecko z klimatem kominka i wszechobecnego drewna. Tunia jest artystką i to się w jej domu czuje. Nie będzie z tych spotkań wielkiej przyjaźni, ale chcę utrzymać znajomość. Odpadł element frustracji, który mi dawała swoją nieporadnością.

Mam kilka przyjaciółek, a bodaj wszystkie marudzą na swoje kontakty z matkami. Ta nie rozumie, ta upierdliwa, ta urządza cudze życie, ta umarła… Siedziałam  w kafejce z Madzią, kiedy zadzwoniła Bunia. Chodziło o kwiaty na cmentarz. Chciałam szybko zakończyć rozmowę, ale się nie udało, bo wyszło małe nieporozumienie. Kupiłam Buni kwiaty bez okazji (no dobrze, z okazji śmierci taty) i miała to być niespodzianka, ale się wydało. Tak mamo, to dla Ciebie :) Kiedy skończyłam rozmowę, zobaczyłam łzy w oczach Madzi. Wzruszyła się, słuchając: Bo ty tak ładnie rozmawiasz ze swoją mamą! 

Sentymentalnie było też w Tatrach. Młody, choć szkolony w taternictwie, nie złapał bakcyla. Siedzi w domu prawie całe wakacje. Tak mnie ciągnęło w góry, że chciałam jechać sama. Gustaw jednak lubi nowe wyzwania, podłączył się i dzielnie mi towarzyszył. Krótki to był urlop, więc tylko trzy trasy, wszystkie mi znane. Jasne, chciałam ruszyć w Dolinę Roztoki, ale to trzeba wstać skoro świt i wyprzedzić wszystkich spragnionych Morskiego Oka. Nasze „skoro świt” okazało się spóźnione. Za to pierwszy raz byłam na Giewoncie o 16. Dopiero wtedy kończyły się kolejki. Może by tak dawać tablice, że to nie jest szczyt dla lękliwych maluchów? Wiem, bo sama mam jednego ;) Łaziłam po tych Tatrach i wzdychałam, wspominałam, napawałam się. Uspokajają. Odwiedziliśmy kilka „moich” miejsc. Niezaprzeczalnie, zawdzięczam tę miłość do gór Narcyzowi. Gustaw dzielnie to zniósł ;)

Zakopane. Jakby nieco drgnęło i poziom wieśniactwa zmalał. Zaczyna się dziać coś obok cepelii. Jeszcze parę dekad i może będzie dobrze… Kelnerki mają fajne. Gustaw lubi zagadać, to się zdarzyło kilka ciekawych dialogów. Harde takie, wymowne i bystre. Dobrze trafić na człowieka, który lubi swoją pracę.

Sporo się jadło, sporo piło, nawet tańczyło. Z tym piciem to jestem niedouczona: śliwowicę chcecie 50 czy 70? Każde z nas podało inną wartość, wygrał Gustaw. Dostałam kieliszek i zamarudziłam: to mi nie wygląda na 70 ml. Osiołku, to są procenty! Oj, były! W tańcu też nieco niedouczona jestem, a tu zaraz weselisko nas czeka. Znajomych, of kors! Gustaw kręci kuperkiem aż miło, a  ja nieco drętwo… Dwie dekady, ba! prawie trzy,  nie tańczyłam! Jest co  nadrabiać. A czasu  mało, kruca bomba! Może śliwowica coś pomoże?

Miasto Łódź

Tym razem Józef był prowodyrem wyjazdu. Józef i jego hobby klockowe. Miałam liczne wątpliwości, bo wystawy lego to już widzieliśmy… Wzięłam więc młodego na rozmowę: tu mi spójrz prosto w oczy i mów jak na spowiedzi: warto aby grzać do Łodzi? Dałam dwa dni na namysł i usłyszałam: warto! Gustaw też się podpiął, bo dawno nie był. Mnie korciło miasto, które znałam tylko z przejazdów przez centrum, bo obwodnicy zbudować nie mogli przez pół wieku. Przyznajmy, przejazdów okraszonych ciężkimi wiązankami żołnierskimi. Gdyż znam i korzystam. Nawet lubię, bo jakoś pomagają ;) 

Tym razem więc Łódź jako cel. Zaraz siadłam do przewodników i po pięciu minutach wiedziałam wszystko… Tyle tego było… Co kot napłakał… Trzecie miasto w Polsce… Trudno. Nigdy się z młodym nie nudzimy, tym bardziej z Gustawem. Jedziemy! 

Fajnie miałam, bo jazda z Gustawem oznacza jego samochód i jego prowadzenie. Trochę był zmęczony, więc kawałeczek ja prowadziłam. Bez uszczerbku dla samochodu :) A potem zostawiliśmy młodego u freaków lego i poszliśmy w Piotrkowską. Jak się włączy szwendacza, to spokojnie można do nocy się szlajać, zaglądać  do baru, potem knajpy, potem kawiarni, pizzerii i znowu knajpy. Trzeba tylko lekceważyć SMS – y ponaglajace, dopytujące i upierdliwe. Przecież w końcu wróciliśmy! A obiad z nami mógł zjeść, tylko nie chciał.

Na niedzielę została Manufaktura. Ładna jest. I udało mi się kupić młodemu szorty (łaskawie się zgodził), sobie też parę drobiazgów. W ramach kultury wybraliśmy się do muzeum miasta,  w ramach poszerzania horyzontów do eksperymentarium. Potem chłopaki postanowiły zażyć ekstremum i w hinduskiej poszły na ostro. Więc tylko ja dojadłam swoją porcję. I już po. Nie obyło się bez dąsów i stawiania ultimatum, ale kto by się przejmował dzieckiem? Poczekamy, aż dojrzeje. Głupi nie jest…A do Łodzi kolejny raz? Niekoniecznie. 

Życie próżniacze

Ile się trzeba naudawać, żeby uwiarygodnić L4. Dwa dni wcześniej zaczęłam chodzić wolniej, chwytać się za plecy, delikatnie posykiwać. Oj, boli! No naprawdę, musiałam odpocząć.

Gdyż pożądał Gustaw kultury i kupił bilety na spektakl muzyczny. Wstrzelił się pięknie w jedyny nieodpowiedni termin – piknik kombinatowy. Nikt mnie z tej arcyważnej dla przyszłości firmy imprezy nie zwolni dla jakiegoś tam wodewilu… Pozostał Hexenschuss. Mój pan doktor nie czynił trudności, lekko spytał, czy może do końca miesiąca? Ależ, praca mnie potrzebuje i raptem do poniedziałku pozwolę sobie zalegnąć.

Piątulinek więc miałam wolny. Dostarczyłam papier, zorganizowałam roboty zastępcze i udałam się na rekonwalescencję. Do Wrocławia!

Ależ było tego dużo! Trzy lata temu z młodym poszukiwaliśmy  krasnali. Teraz – sznaps i tatar. Mój pierwszy w życiu, całkiem smaczny. Sznapsa już znałam ;)

Wiecie, że w piątkowy wieczór nie ma szans na wejście do lokalu? Bez rezerwacji? Czemu ci ludzie nie śpią?

Za to w sobotę w południe szykowałam się do teatru. Ostatni raz o tej porze to chyba w czasach przedszkola. Przedstawienie zaczynało się o 14, ale też trwało cztery godziny. I na widowni znalazło się kilkoro dzieciaków. Raczej awansem. To nie była sztuka dla dzieci – zdrady, knowania, sztylety i ruchy frykcyjne. Nam się podobało, i choć nie ustrzegliśmy się gwałtownych opadów łba, to opanowaliśmy chrapanie. Każdemu chce się drzemnąć po dobrym obiedzie, a zjedliśmy tuż przed spektaklem. W przerwie wyszliśmy na słońce – paliło jak diabli. Po dwóch godzinach wyszliśmy na mokre ulice. Na froncie teatru widniał baner reklamujący spektakl „Po burzy Szekspira”. Ładna koincydencja.

Mało było nam kultury, więc wieczór spędziliśmy na pokazie fontann. Krótki był i mało efektowny, zatem Wrocław postanowił się zrehabilitować i zafundował nam liczne rozrywki. Zamknięto dla ruchu pół miasta, pojeździliśmy sobie na Sępolno i z powrotem, żeby i tak wrócić do centrum na piechotę. Nie sami… Towarzyszyło nam 10 tysięcy maratończyków. Zrobiło się bardzo klimatycznie – oni biegli, my szliśmy, miasto rozłożyło przed biegaczami dywan barierek, policji, tłumy dopingujacych. I noc, cisza, szmer pepegów o kocie łby, rozbujany Most Grunwaldzki … A na rynku brak ciepłych dań. Oprócz barów pewnej znanej w świecie sieciówki, do których wchodzi się tylko na siku. Kod dostępu 5843#. Pozostało więc Bierhalle z kiepską gulaszową i frytkami, ale świetnym pszenicznym i jeszce lepszą śliwowicą.

Na niedzielę plany były bogate choć mgliste. Ale oto włączył się syn Gustawa (pozwólcie, że nie będę wymyślać imienia) i zaprosił na dach. Hotel o zacnej nazwie Monopol posiada bowiem taras, który warto obejrzeć. Oprócz widoku, który do tego tarasu dołącza. I menu, skromnego li tylko w ilości dań.  Cóż tam, raz się żyje! Obiad, jak na tak zacny hotel przystało, nie był obfity, ale pyszny już tak. W trosce o linię, postanowiliśmy odbyć też krótki spacer do przystanku, by udać się na wyścigi. Konne! Pierwszy raz! Trafiło na Ladys Day i czuliśmy się jak w Ascot. Taaakie kapelusze! Wyścigi też takie. Sobie. Mój faworyt zrzucił jeźdźca… Gustaw był całkiem blisko w typach. Ale nie całkiem.

A potem się rozpadało. I autobus wypadł. A bilety na Sky Tower przepadają!  W końcu jednak niebiosa i MPK się zlitowały i udało się nam wyjechać na 49 piętro. Żeby to było warte 15 zeta, to nie powiem. Ale też nie żałuję.  I nabył Gustaw gustowne ciuszki, a ja lubię zakupy nawet nie dla siebie samej :)

Mało? To jeszcze się skusiliśmy na słuchanie Jandy i młodego Stuhra, jak czytają książkę ludowi pod pergolą. Pergola jednak zmokła, więc czytali w sali pełnej ściśku i parujących  ciał. Fajnie czytali.

Ten Wrocław był inny niż krasnalowy. Nieco magiczny, bardziej żywy choć nocny, słoneczny, burzowy, spacerowy i tramwajowy. Odpoczęliśmy.