Tyle miałam ostatnio pracy, że nawet bieżąca korespondencja ucierpiała. Blog wręcz usycha. A szkoda by było, fajny jest. Był. Będzie? 

Tytuł jest raczej życzeniowy, bo Przyciężki nie wyleciał. Choć powinien. Ale wszystko przed nim.

No więc z Przyciężkim to jest tak, że po obaleniu ze stołka ucierpiał jego mózg. Dokumentnie i ze szkodą dla otoczenia (jasne, nigdy nie był dobrej jakości, ale nie można mu było odmówić miligrama sprytu). Instynkt samozachowawczy znikł. Dureń zaczął kąsać ze zdwojoną siłą, na prawo i lewo, opowiadać wszystkim wokół, jak to został skrzywdzony (u fryzjera, szewca i krawca również). Pół miasta miało używanie powtarzając sobie te gorzkie żale ;-) W magistracie strzeliły korki szampana a załoga kombinatu chodziła jak oczadziała ze szczęścia. Naraz okazało się, że NIKT go nie lubił, NIGDY NIC od niego nie uzyskał, nie wchodził do dupy i w ogóle to super się stało, że taki cham i prostak odchodzi. Khm… Jakbym nie pamiętała… Największe włazidupy zaczęły nagle być dla mnie miłe, mieć wspólne tematy, a nawet opowiadać, jak im było do tej pory źle. Oj!

Ponieważ nie doświadczyłam z ich strony niczego złego – przynajmniej o tym nie wiem – wysłuchuję i robię swoje. Każdy ma swoje sumienie do wyprania.

Przyciężki zaś zabłysnął na sam koniec. Zwyczajowo dajemy odchodzącym pracownikom prezent. Składamy się dość symbolicznie, pytamy dyskretnie o oczekiwania, w ostateczności dajemy kopertę. Pobieżny rachunek daje kilka setek. Na upartego mogliśmy go olać – w końcu to tylko przeszeregowanie, nigdzie nie odchodzi. Należałam do sporej grupy, która nie dała tej symbolicznej kwoty. Za dużo życia mi zniszczył. Od grupy inicjatywnej (związki) dowiedziałam się, jak to wyglądało: wkroczył dziarsko w temat, zażądał informacji, kto będzie mu składał podziękowania, podyktował, za co mają mu dziękować, zażyczył sobie złote pióro. Kiedy te biedaki próbowały mu dać do zrozumienia, że to trudne tematy [bo są trudne tematy, ja wiem, że tematy są trudne, ha, ha], to się wściekł i zażądał listy składowej do wglądu. I żaden bon nawet porządnego sklepu go nie interesuje! Łapanka do komitetu pożegnalnego trwała dwa tygodnie. Jego kółko różańcowe wypięło się pierwsze. Stanęło na zwiazkowcu i takiej naiwnej. Kupili na odpieprz biały (ten kolor ostatnio zmienił wymowę) storczyk i dali cieniuśką kopertę. Kartka z życzeniami była podpisana jakoś tak nie przez wszystkich. Podziękowania naiwna wygłosiła według mojego zalecenia – jedno suche zdanie plus życzenia na przyszłość. Też krótkie. Spierdalaj byłoby najlepsze, ale przecież jesteśmy kulturalni, nie to, co on. A już brawa na koniec – poezja! Rachityczne to za dużo powiedziane :-) Potem jeszcze mały akord na koniec – pożegnalna kolacja. Po lewej siedział wice (ogólnie lubiany) a po prawej ziała dziura. Na wprost również. Jakby zadżumiony?

Nadal się odgraża, że będzie torpedował nowego szefa. Co trzeba mieć w głowie, żeby tak mówić? Czekamy zatem na jakąś piękną katastrofę.

[Zakończyłam notkę a licznik pokazał 444 słowa. Adamie, co Ty na to? Będzie jakiś dobry finał?]